https://wyborcza.pl/7,162657,32617230,weto-w-sprawie-safe-nazwac-taki-akt-zdrada-wlasnego-narodu.html#do_w=111&do_v=1168&do_st=RS&do_sid=1849&do_a=1849&s=S.listy-K.P-B.1-L.3.zw

Stanisław Brejdygant

Dramatyczny apel Stanisława Brejdyganta do prof. Andrzeja Nowaka, aby uświadomił Karolowi Nawrockiemu, że jego weto utrudni skuteczną obronę Polski.

Prezes odleciał w kosmos. Prezydent jest, ale nadal źle czyni. Oby nie popadł w hańbę

Oznaki pojawiały się już wcześniej, ale ostatnie wypowiedzi prezesa świadczą, że „odleciał" na dobre. Wymyślił on własną rzeczywistość, nazwijmy ją alternatywną. No i dobrze, niechby tam sobie w niej pozostał. Kłopot dla egzystencji państwa jest jednak taki, że być może część, choćby niewielka, ale jednak, tych najwierniejszych swemu guru w PiS, uwierzy w „but niemiecki", który nas depcze i w istnienie za Odrą „nazistowskiego państwa, które powinno siedzieć cicho w kącie i się nie wtrącać."

Brednie głoszone przez prezesa byłyby jedynie śmieszne, gdyby nie miały wpływu na część społeczeństwa i nie kaleczyły jego świadomości. Czas jest trudny. Trwa wojna hybrydowa, a grozi całkiem poważnie ta rzeczywista, krwawa. Wróg jest jeden, oczywisty, na Wschodzie. Krwawy zbrodniarz, który dysponuje barbarzyńską armią. Trzeba czynić wszystko, aby być w stanie stawić mu opór w sojuszu z całą zagrożoną Europą i – oby – z armiami całego NATO. Tymczasem „odleciany" prezes, demotywuje swych wiernych wymyślając – zawsze tragiczną w naszej historii – sytuację dwóch wrogów, chcąc naszego partnera w UE, jedno z demokratycznych państw Unii, równać, a nawet czynić groźniejszym niż zbrodniarz ze Wschodu. Chore to i powtarzam, bardzo groźne.  

Tymczasem prezydent ma się dobrze i egzystuje w dostępnej nam wszystkim rzeczywistości. Trwa już na stanowisku od kilku miesięcy, wciąż nie mogąc przyjąć do wiadomości, jak swoją rolę winien pełnić w panującym u nas systemie parlamentarnym i pozostając w zgodzie z konstytucją, na którą obejmując urząd, przysięgał. To, że się w zawstydzający sposób rozpycha, chcąc uczynić z siebie kogoś na kształt monarchy, a co najmniej prezydenta w systemie prezydenckim, jak we Francji, czy nawet w USA, gdzie ktoś taki ma pełnię władzy wykonawczej, to jeszcze można zrozumieć i tłumaczyć, kompleksami, przerostem ambicji czy wybujałym narcyzmem. Ale już doprawdy niczym nie da się wytłumaczyć, jakby świadomego szkodzenia swojej ojczyźnie, jej obywatelom. Prezydent wetuje nieomal wszystko (otrzymał już nawet przydomek: wetomat). Odnoszę czasem wrażenie, że być może nawet czasem czyni to wbrew swym pozytywnym uczuciom, które przecież chyba jakieś posiada. Tak mogło być w wypadku „ustawy łańcuchowej".

Przecież nie sądzę, by prezydent nienawidził psów i życzył im jak najgorzej – proszę, niech cierpią na wielkim mrozie, uwięzione na krótkim łańcuchu – ale nie wiedzieć czym spowodowana nienawiść do premiera Tuska przeważyła. „Niech sczeźnie ten najgorszy od '89 roku rząd, pod kierownictwem tego najgorszego premiera", powtarza sobie w duchu, owładnięty złym uczuciem Pierwszy Obywatel Najjaśniejszej, ślepy na fakt, że ten rząd, pod tym kierownictwem, sprawił, że nasz kraj jest aktualnie, według powszechnie zgodnej opinii, najlepiej rozwijającą się gospodarką w Europie.

A zatem psy nadal cierpią za sprawą prezydenta, ale co gorsza, cierpią także skutkiem jego weta dzieci,  bowiem, mimo apelu stu kilkudziesięciu najwybitniejszych autorytetów, Karol Nawrocki wolał pójść na rękę amerykańskim drapieżnym potentatom internetowym i, jakoby „w imię wolności wypowiedzi," nie zgodził się na ochronę tychże małoletnich przed pedofilskimi sidłami zastawianymi na nich w mediach społecznościowych.

No i wreszcie najbardziej karygodne weto dotychczas – przed tym, ewentualnym, o którym będzie niżej i które okryłoby obecnego Pierwszego Obywatela hańbą po wsze czasy – weto wobec ustawy o KRS. Największy chyba destruktor w dziejach Niepodległej, Zbigniew Ziobro, dokonał rzeczy zgoła niezwykłej, udało mu się tak dalece zniszczyć praworządność, sięgając swym nikczemnym działaniem aż do fundamentów, że odbudowa państwa prawnego wydaje się teraz zadaniem karkołomnym, prawie niewykonalnym.

Podjęli się tego dzieła ludzie godni podziwu i najwyższego szacunku, profesor Bodnar i kontynuujący jego dzieło, sędzia Żurek. Ten ostatni przygotował kompromisową ustawę, zdawałoby się nie mogącą budzić sprzeciwów, pozwalającą zaistnieć na powrót Krajowej Radzie Sądownictwa, takiej, jaka powinna ona być. Otóż prezydent nie dość, że tę ustawę zawetował, narażając nas wszystkich – bo to przecież nasze, obywateli, pieniądze – na płacenie w nieskończoność dziesiątków milionów złotych odszkodowań, zasądzanych przez międzynarodowy trybunał, to nadto, z szokującą  pewnością siebie, przedstawił własny projekt, wprawiający w osłupienie już nie tylko prawników, ale chyba każdego jako tako wykształconego człowieka.

Ustawa, tak zwana kagańcowa, wydaje się przy tej proponowanej przez prezydenta łagodna. Aż trudno uwierzyć, że prezydent jakby nigdy nie słyszał o niezbywalnym fundamencie demokratycznego państwa, czyli o trójpodziale władzy, a zatem absolutnej niezależności władzy sądowniczej od pozostałych dwóch władz, czyli ustawodawczej i wykonawczej, zatem od polityków.

Prezydent ni mniej ni więcej zaproponował karanie sędziów za niesubordynację (czyli niesłuchanie się „kogo należy"), łącznie z osadzaniem ich w więzieniu. Cóż, dowiedzieliśmy się, że marzeniem prezydenta jest władza skończenie autorytarna. Biedny Monteskiusz przewraca się w grobie.

To tyle złego dotychczas. I wstęp do tego co może – oby nigdy to się nie stało! – nastąpić. Chodzi o program SAFE. Nieprawdopodobna wręcz, korzystna dla naszego losu, dla naszego bytu państwowego – a rzadko coś takiego zdarzało się w naszej historii – okoliczność. Nieskorzystanie z niej, nie waham się tak to nazwać, byłoby zbrodnią.

To, że nie rozumieją tego posłowie PiS i Konfederacji, gotowi głosować przeciw, mogłoby świadczyć o ich przerażającej głupocie. Ale jest bodaj gorzej. Oni obawiają się tego, co jest nazwane „warunkowością". Zatem chodzi o to, że gdyby, przy otrzymywaniu kolejnych tzw. transz, czyli sum pieniędzy, okazało się, że są one rozkradane przez skorumpowanych polityków, to można by wypłaty wstrzymać.

Dlatego kłopoty z przystąpieniem do tego programu ma oligarchiczny i skorumpowany rząd Viktora Orbána, którego mimo przyjaźni z Putinem, podziwiają PiS-owcy. Dlatego, co zrozumiałe, tam mogli znaleźć azyl nasi politycy podejrzani o rozkradanie majątku publicznego.

Program SAFE to pożyczka. Tylko właśnie, jaka? I w jakim, historycznie, momencie, możliwa do podjęcia  przez nas. Wojna tuż za naszą granicą. I nie jest wcale pewne, czy za dwa, trzy lata, w szaleńczym planie Putina pokonania Europy, a w każdym razie jej wschodniej części, nie znajdą się kraje bałtyckie i, nazwijmy to tak, niezbędny dlań, „przesmyk suwalski", zatem Polska. Może partnerzy z NATO zareagują zgodnie z artykułem piątym, ale kto wie?... Garstka wojsk amerykańskich ma znaczenie, ale czy tak wielkie? Póki Trump jest przy władzy, niczego nie byłbym pewien. Wiemy wszak jak „wdzięczny" okazał się za godne potraktowanie art. 5 przez Europejczyków (kilkudziesięciu naszych poległych) w Afganistanie.

Trump, jestem przekonany, nie wie, co to są zasady. Wie, co to jest deal. Dlatego tak go drażni heroiczna walka Ukraińców o ich ojczyznę. Słowem: na pewno w pierwszej fazie ewentualnej napaści na nasz kraj winniśmy liczyć na siebie. Zatem na silną armię. I oto zaczyna ona być wreszcie silna.

Wielkiemu szkodnikowi, Antoniemu Macierewiczowi nie udało się całkowicie rozbroić armii. Choć unieważniał ważne przetargi, dymisjonował dowódców doskonale wykształconych na amerykańskich uczelniach i cenionych przez sojuszników w NATO, promował niedoświadczonych oficerów, etc. etc. Nie udało się także do końca jej zniszczyć (ba, nawet starał się o zakupy sprzętu – w Korei) Mariuszowi Błaszczakowi, który, co będzie mu zapamiętane, haniebnie i bez godności zachował się, kiedy to, jak przyłapany na błędzie skarżypyta, obarczył winą za swą indolencję generała, naruszając jego honor.

Dziś obrona narodowa ma dobrego, oddanego bez reszty sprawie ministra, wicepremiera Kosiniaka Kamysza. I armia bodaj ma znów właściwych generałów na odpowiednich stanowiskach dowodzenia. I oto ci wszyscy generałowie, a są to ludzie bezwzględnie kompetentni, ręcząc sumieniem i wiedzą, twierdzą, że program SAFE stanowczo należy przyjąć.

Bo pomoże stworzyć najsilniejszą armię w regionie. I za przyjęcie tego programu będą nam wdzięczne następne, być może dzięki niemu ocalone, pokolenia, które chętnie i z wdzięcznością będą spłacać zaciągnięty dług. Mniejszy o kilkadziesiąt miliardów od takiego, jaki byśmy zaciągali w innych okolicznościach.

No i teraz wyobraźmy sobie, że Karol Nawrocki, prezydent naszej, zatem także jego, ojczyzny, swym wetem stara się pozbawić nas wielkiej szansy posiadania skutecznej obrony. Nazwać taki akt zdradą własnego narodu, to chyba za mało powiedziane. Gdyby Karol Nawrocki coś takiego uczynił, okryłby się hańbą. Niestety obawiam się, że wszystko jest możliwe. Nawet taka zdrada. 

Dlatego pozwalam sobie zaapelować do pana profesora Andrzeja Nowaka, który popierał kandydaturę Karola Nawrockiego na najwyższy urząd, ba wygłaszał laudacje na jego cześć w trakcie uroczystej nominacji na kandydata i, mam prawo sądzić, że jest ważnym autorytetem dla Karola Nawrockiego, aby zechciał mu uświadomić, czym mogłoby stać się zawetowanie SAFE, czym byłby niskimi pobudkami motywowany akt utrudniający nam skuteczną obronę ojczyzny.

Dlaczego prośbę swą kieruję do profesora Nowaka? Znamy się jedynie korespondencyjnie. Przed kilkoma laty wiodłem, publicznie za pomocą listów otwartych polemikę z Profesorem. Potem nasz spór przeniósł się na grunt korespondencji prywatnej. Różnimy się diametralnie poglądami. Ale bodaj obaj potrafimy polemizować w atmosferze wzajemnego szacunku. Dodam, że poznałem kilka prac tego wybitnego historyka i wysłuchałem, z wielkim zainteresowaniem, kilku jego wykładów.

Otóż w bogatym dorobku naukowym pana profesora nie znalazłem ideologicznego doktrynerstwa, z pewnymi ocenami mogłem się zgadzić, z innymi mniej, ale miałem satysfakcję obcując z historią, nie zaś z pożal się Boże „polityką historyczną". Jak profesorowi udaje się godzić uczciwość badań i – chcę wierzyć – prawość osobistą, z sympatiami do winnej tylu nieprawości w okresie swych rządów populistycznej partii, jest dla mnie zagadką. Ale to do niego jedynie mogę się zwrócić z mym apelem. Bo przecież nie do oficjalnych doradców prezydenta. Panowie Przydacz, a zwłaszcza Bogucki, mogą prezydentowi – co obserwuję – jedynie źle doradzać.

A zatem powtarzam mój apel. Proszę przekazać Prezydentowi Nawrockiemu przestrogę: samozakłamanie to lekko strawna trucizna. Targowiczanie byli przekonani (potrafili przekonywać siebie), że działają dla dobra Najjaśniejszej. Nie uniknęli hańby.