https://wyborcza.pl/7,162657,32284952,opamietajcie-sie-do-prezesa-i-politykow-pis-ktorzy-z-glupoty.html#s=S.embed_article-K.C-B.1-L.2.zw
Stanisław Brejdygant
Czytelniku, odpowiedz: głupota? Czy zbrodnicza zła wola? Niewiedzę pomijam. Wybierz.
Autor, rocznik 1936, jest aktorem, reżyserem, scenarzystą, pisarzem, dramaturgiem
Chodzi mi o zbrodnicze działania, biorąc pod uwagę skutki, jakie nadejdą w przyszłości, o permanentnie rozbudzanie dziś w narodzie nastrojów antyniemieckich i nieuczciwe, powtórzę, powodowane niewiedzą, głupotą i złą wolą, wadliwie formułowane żądania odszkodowania (reparacji) za to, czego dokonało okupujące Polskę państwo niemieckie w czasie Drugiej Wojny Światowej.
Zacznę od niewiedzy. Zadziwiającej, zważywszy, że Prezes ma wykształcenie prawnicze, a były premier historyczne. Otóż powszechnie wiadomo, że państwa, podtrzymując ciągłość istnienia, niezależnie od zmieniających się rządów (reżimów) odpowiadają za wszystkie dokonania i zaniechania tych rządów.
Tak więc podobnie jak demokratyczne państwo niemieckie odpowiada za czyny tego państwa, gdy było ono nazistowskie, tak demokratyczne dziś państwo polskie odpowiada za to, co zostało dokonane bądź zaniechane w okresie rządów komunistycznych. A za tamtych rządów właśnie ówczesne władze zrzekły się formalnie reparacji, a ściślej mówiąc, zgodziły się na szczególny rodzaj ich przyjęcia, na otrzymanie stosownej części reparacji odebranych przez „opiekującego się nami" jednego z aliantów, członka „wielkiej trójki", Związek Radziecki.
Niewielu być może pamięta, że tak zwany „Dar Związku Radzieckiego" jak go nazywano, Pałac Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina (bo taka była początkowo jego pełna nazwa), to była jakoby oddana nam część, a być może nawet całość, reparacji, jakie „odstąpili nam" Sowieci. Dano nam przy tym, jak się domyślam, do zrozumienia, że osiągnęliśmy niebagatelne zdobycze terytorialne. Ktoś w tym miejscu może się żachnąć: „Jak to, przecież straciliśmy ziemie na Wschodzie, Wilno, Lwów, etc." Owszem, może ktoś, nieświadomy, nie znający historii. Ale przecież nie powinien być tym kimś ani Prezes prawnik, ani premier historyk. Wiadomo wszak, ponad wszelką wątpliwość, że odzyskanie tak zwanych Kresów, czyli ziem białoruskich, ukraińskich i litewskich, wobec potężnego wkładu Związku Radzieckiego w wojnę i pokonanie Niemiec, a zatem pozycji tego państwa w negocjacjach po wojnie, wiadomo było, powtórzę, że odzyskanie tych ziem nie mogło wchodzić w rachubę.
Zresztą alianci z Ententy już po zwycięskiej dla nich Pierwszej Wojnie, tak naprawdę nigdy posiadania tych ziem przez Polskę na dobre nie zaakceptowali, traktując, nie bez słuszności zresztą, że etnicznie Polska na wschodzie kończy się na Bugu (tzw. Linia Curzona). Istnienie Wysp Polskości, takich jak Wilno i okolice, czy podobnie Lwów i otaczające go tereny, nie miało dla nich znaczenia.
A zatem, załóżmy, że wojna, dzięki udanemu zamachowi na Hitlera, kończy się kilka miesięcy wcześniej i że nowe władze Rzeszy ogłaszają kapitulację. Wtedy Armia Czerwona nie zdobywa Berlina, nie dociera do Łaby i Stalin nie może dyktować warunków, jakie podyktował był w Poczdamie. Nie powstaje blok państw satelickich wobec Związku Radzieckiego i wówczas Polska wychodzi z wojny jako niepodległe co prawda, ale małe, niewiele znaczące państwo wielkości mniej więcej Księstwa Warszawskiego. Nie ma bowiem żadnego powodu, byśmy mieli „powiększyć się" o Pomorze Zachodnie i Dolny Śląsk. Musimy zatem istnieć na niewielkiej przestrzeni pomiędzy Bugiem a Wartą, z niewielkim jak przed wojną dostępem do morza. No może jedynie z dodanym Gdańskiem. Być może, ale wcale nie byłbym tego pewien, jeszcze jedynie Opole i okolice, dałoby się wynegocjować. I to niewielkie państwo, mimo ogromnych strat w ludziach, jest nie dość, że biedne, z niewielkimi rejonami przemysłowymi, to nadto przeludnione, bo musiałoby przyjąć rzesze uchodźców ze Wschodu.
Nakreśliłem ten szkic alternatywnej historii, aby ludziom nieposiadającym wiedzy, ale także tym, którzy wiedzę posiadają, ale natura uczyniła ich pozbawionymi wyobraźni, aby uświadomić im, że Dolny Śląsk i Pomorze Zachodnie, ze swymi zasobami, że Wrocław i Szczecin, że Legnica i Turoszów, że to wszystko może jednak warto wziąć pod uwagę, domagając się, po blisko stuleciu, reparacji.
A warto też zwrócić uwagę na to, co nastąpiło w świadomości ludzi zamieszkujących dziś zachodnią cześć Polski. Otóż zniknęło tam, jak zresztą, tak mniemam, w świadomości całego narodu, przez lata powojenne funkcjonujące pojęcie Ziem Odzyskanych (w 1947 roku odbyła się sławna Wystawa Ziem Odzyskanych we Wrocławiu). Są to bowiem – taka jest prawda historyczna – ziemie nie odzyskane, a pozyskane. Przecież Stettin, Köslin, Kolberg czy Grünberg nigdy nie były polskie. Nieco bardziej złożona jest historia Dolnego Śląska. To prawda, panowali tam przez wieki książęta o rodowodzie piastowskim, ale byli tak dokumentnie zniemczeni, że chyba o tym rodowodzie sami zapomnieli. Fakt pozyskania tych ziem przez nas po wojnie, w wyniku przegranej przez Niemcy wojny, powinien, jak sądzę, zostać wreszcie zauważony przez propagandystów pisowskich.
To tyle na temat reparacji, których jako takich, wiadomo, że nie dostaniemy. Natomiast można, owszem, mówić o jakichś aktach zadośćuczynienia, wobec wciąż jeszcze istniejącej świadomości zbiorowej pamięci Niemców – nie wiemy, jak długo będzie ona jeszcze trwała, czas leci – o wojnie i o ogromie krzywd, jakie wyrządzili naszemu narodowi. Tu warto zauważyć, jak często właściwie co roku, przy okazji rocznic rozpoczęcia wojny czy Powstania Warszawskiego, prezydent Niemiec przeprasza za zbrodnie Niemców dokonane w Polsce.
O ile mi wiadomo, już przed laty władze Republiki Federalnej przekazały jakieś sumy pieniędzy, odszkodowania, byłym więźniom obozów pracy przymusowej. Ale przecież nie ma takich pieniędzy, którymi można by „spłacić" miliony ofiar obozów zagłady czy innych ofiar okrutnych czasów okupacji.
To jest, że się tak wyrażę, dług moralny i wiem, że wielu Niemców ma świadomość tego długu – oczywiście nie wszyscy, ale, powtórzę, wielu. I są to ci kierujący się głosem sumienia, a co ciekawe, są to dzieci i wnuki tych, którzy byli dorosłymi i świadomymi świadkami, a często też uczestnikami wojennych zbrodni i jak mi się wydaje, tamci, powojenni, ojcowie i dziadkowie obecnych, mniej rozumieli z tego, co widzieli i w czym uczestniczyli – otóż wielu Niemców, potomków tamtych Niemców, dziś jeszcze odczuwa brzemię winy.
Cóż, wydaje mi się, można oczekiwać wciąż jeszcze jakichś gestów zadośćuczynienia. I myślę, że propozycja prezydenta Nawrockiego złożona stronie niemieckiej, wsparcia finansowego w budowanie naszego przemysłu obronnego, była trafna. Bo wszak, być może, przyjdzie nam wspólnie bronić naszej wspólnej Europy – oby nie było to konieczne, ale staje się to coraz bardziej prawdopodobne – przed barbarzyńcami ze Wschodu. No bo jesteśmy razem i w naszym najbardziej żywotnym narodowym interesie jest, byśmy jak najsilniej byli razem.
Od zarania naszych dziejów Niemcy byli i są nam najbliższym sąsiadem. I tym sąsiadem pozostaną. To prawda, że nasze sąsiedztwo różnie się układało. Ale wbrew skłamanej i zmanipulowanej przez głupców i szkodników historii, wcale nie było tak, że jak to ośmielił się wyrecytować z ambony niedawno, w swej bełkotliwej homilii na Jasnej Górze pewien antychrześcijanin w randze biskupa: „Jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem" (cóż, polski episkopat, najniżej sytuujący się intelektualnie i mentalnie z istniejących za mego życia, wygenerował kogoś takiego. I teraz prawdziwie światli i odpowiedzialni hierarchowie, jak arcybiskup Kominek, pomysłodawca historycznego w swej wadze listu naszych biskupów do niemieckich: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie" oraz Kardynał Prymas Wyszyński, po takiej homilii ich „brata w biskupstwie" przewracają się w grobie).
Bo też bliscy i związani ze sobą na dobre i na złe jako sąsiedzi, my i Niemcy różne (i różnie) przeżywaliśmy wydarzenia. Bywało bardzo dobrze i bardzo źle. W ostatniej wojnie: wiadomo kto był katem a kto ofiarą. Ale od czasu Zjazdu Gnieźnieńskiego po dziś dzień, różnie się układało. Po upadku Powstania Listopadowego nasi uchodzący na emigrację żołnierze nigdzie nie doświadczyli takiej sympatii i takiego entuzjazmu, jak w krajach niemieckich. Ponad pięćset pieśni niemieckich powstało tam na ich cześć. A w stanie wojennym, niedawno wszak, znikąd nie otrzymaliśmy takiego wsparcia, jak z Niemiec Federalnych od rzeszy jej obywateli. Wspominała o tym, apelując o pokój i przyjaźń między nami, bohaterka Powstania Warszawskiego, Pani Stawska, która przecież do „tamtych" Niemców strzelała.
Nie wszyscy w Polsce – bo też niewielka jest w narodzie znajomość historii – wiedzą, że to nie Niemcy, czyli wiele „krajów niemieckich", księstw i królestw, z których dopiero sto lat później Bismarck uczyni Rzeszę, ale królestwo Prus, kraju, chciałoby się powiedzieć, wyhodowanego na piersi Polski, stało się jednym z naszych zaborców. Dziś większość owych dawnych Prus należy do Polski.
No to teraz, po co to wszystko, co wyżej napisałem? Otóż po to, by zaapelować do propagandystów PiS i Konfederacji do sięgnięcia po rozum i o opamiętanie. To do tych, którzy szczując na Niemców, sądzą, że czynią to w dobrej wierze i dla dobra kraju.
Bo jeśli chodzi o gremia kierownicze obu wymienionych partii i o złowrogą postać Prezesa, a także brunatnego Grzegorza Brauna i jego zwolenników, którzy, jak sądzę, i bodaj się nie mylę, działają z najniższych pobudek i za nic mają hańbę, na jaką zasłużą – to nie sądzę, aby mój wywód ich w jakikolwiek sposób przekonał.
Cynizm i żądza władzy pozwalają im zupełnie ignorować dobro ojczyzny. Bo też w najgłębiej rozumianym interesie naszego państwa jest nie dopuścić do sytuacji beznadziejnej, kiedy to nie będziemy mieć żadnej szansy na przeżycie, na niepodległe istnienie.
A taka sytuacja – i to niepojęte, że ktoś, w miarę choćby inteligentny tego nie rozumie – to posiadanie dwóch wrogów. Wróg z Zachodu i ze Wschodu. Niemcy i Rosja. To przecież perspektywa klęski. I niech mi ktoś odpowie, dlaczego nie rozumie tego Prezes. Otóż obawiam się najgorszego, że on to rozumie. A zatem: na pohybel! Niech tam kiedyś Polska sobie ginie, bylem ja teraz miał władzę. Zgroza, nieprawda?
No, bo sytuacja jest jasna, klarowna. PiS szczuje na Niemców. Najcierpliwsi w końcu będą mieli tego dość. A już na pewno, będą mieli tego dość prawnukowie, czyli następne pokolenie po tych, którzy pamiętają (uczestniczyli) w wojnie.
Od nich, późnych (pra)wnuków, trudno będzie wciąż oczekiwać wyrzutów sumienia. Natomiast niechęć do upiornie bez przerwy mających pretensje Polaków będzie rosła. To naturalne. I tak to nasi ultra-nacjonaliści z PiS i Konfederacji, a już zwłaszcza brunatnego Brauna, niechętni Niemcom, będą motywować, niejako karmić nienawiścią AFD i nowe formacje neonazistowskie, które z pewnością powstaną. Nienawiść naprzeciw nienawiści. Z czasem – ja tego oczywiście już nie dożyję - może (oby to się nigdy nie stało!) rozpadnie się Unia Europejska i zostaniemy spisani na straty. Pomiędzy dwoma wrogami, którzy wcale to nie jest wykluczone, kiedyś zawrą sojusz. Przeciw nam. No i tak to Prezes Kaczyński i führer, a może duce, a może po prostu wódz Braun, doprowadzą do (niestety kolejnego) unicestwienia Polski. Bo posiadanie dwóch wrogów, to chyba oczywiste – to dla Polski wyrok śmierci.

