Decyzja Mateusza Morawieckiego o założeniu Stowarzyszenia, które tylko „przypadkowo” różni się od partii matki, czyli Prawa i Sprawiedliwości, jest dowodem nowoczesnej emancypacji politycznej.
Polityczna biografia Morawieckiego jest znana; jako premier rządu zasłynął nie tylko łatwością, z jaką mijał się z prawdą (zaczęto wówczas nazywać go Pinokiem), ale jeszcze bardziej talentem do robienia dobrej miny do złej gry. Jego szef, Kaczyński, mógł mu kazać zrobić wszystko, a ten wszystko, co mu kazano, wykonywał. Bez szemrania! Był nikim, to znaczy nie stała za nim żadna partyjna frakcja, nie miał zaplecza, był niegroźny, bo bezbronny. Dociskali go ludzie pomniejsi, ale zawieszeni wysoko na klamkach prezesa, a Morawiecki pokornie to znosił. Znosił pogardę swoich i upokorzenie, mimo że gdy razem z Kaczyńskim był twarzą kampanii wyborczej w 2023 roku, PiS miał poparcie o 10 pkt wyższe niż dziś, gdy twarzą PiS-u stał się premier z Lublina. Już wtedy widać było i czuć, że Morawiecki ma duży potencjał, ale widać też było i czuło się, że czas jego nie nadszedł.
A teraz Morawiecki zagrał mądrze i skutecznie. Nie odszedł z PiS, jak niegdyś Ziobro z ferajną, trzaskając drzwiami, nie wepchnął też Kaczyńskiego pod TIR-a, wiedząc, że nie ma już klimatu na polityczne ojcobójstwo. Tym bardziej wiedząc, że Kaczyńskiego można po prostu pod rękę wyprowadzić w kulisy. Albo obejść łukiem, jak spróchniały pień. Zamknąć w lamusie, razem z anachronicznymi figurami partyjnymi, którym dawno odjechał peron. Zarazem – wszak Morawiecki to szczwana liszka, ambitny polityk – utrzymuje, że Stowarzyszenie Rozwój Plus, do którego na wejściu przystąpiła niemal setka pisowców, nie jest frondą (choć łamie statut partii), ale przeciwnie: demonstracją jedności PiS-u. Czy ktoś w to uwierzył? Sądzę, że wielu, bo po pierwsze, Morawiecki powtarzał tę zmyłkę wielokroć, po drugie, jego kamuflaż tworzył uspokajające alibi wokół jego grupy, po trzecie, usypiał starszyznę pisowską, bo żaden ze starych towarzyszy Kaczyńskiego nie zechciał widzieć w Stowarzyszeniu realnego zagrożenia. Poza jednym Ryszardem Terleckim, który zawsze uchodził za myślącego. A nie o każdym w PiS-ie można to powiedzieć...
Morawiecki wybrał dobry czas na samodzielne zaistnienie. PiS butwieje w szybkim tempie. Starając się radykalizować, by uciec Konfederacji, PiS pozostawił miejsce w centrum sceny politycznej. A to idealny plac dla Rozwoju Plus! I Morawiecki zajął go bez zwłoki, bo ma w zwyczaju zawsze przejmować plac, gdy wartość przewyższa cenę. 15 kwietnia ogłosił powstanie Stowarzyszenia i natychmiast ogłosił listę członków PiS, którzy tam upatrują szansy dla swej przyszłej aktywności politycznej. Bez psychiatrycznych karykatur jak Macierewicz, przymułów jak Suski, jaskiniowców, jak Sasin czy Czarnek, albo posiadaczy nieusuwalnych deficytów intelektualnych, jak Błaszczak. Ergo, najbliższych partnerów starego Kaczyńskiego, którzy kształtowali XIX-wieczny styl sprawowania władzy i podległości. Co z wyżej wymienionym mogliby wymyślić młodzi, znający świat, otwarci, mający pojęcie o nowoczesnym konserwatyzmie – innym niż Park Jurajski Kaczyńskiego? Stąd w Stowarzyszeniu ludzie tacy jak Waldemar Buda, Janusz Cieszyński, Michał Dworczyk, Marcin Horała, Paweł Jabłoński, Łukasz Kmita, Marzena Machałek, Piotr Müller, Grzegorz Puda, Łukasz Schreiber, Olga Semeniuk-Patkowska, Mirosława Stachowiak-Różecka, Krzysztof Szczucki, Szymon Szynkowski vel Sęk, Agnieszka Ścigaj, że wymienię kilkoro ze znanych parlamentarzystów, których uwiodła propozycja Morawieckiego. Jak bardzo zaskoczyła Kaczyńskiego fronda Morawieckiego, świadczy stan bezradności, jaką dziadzia okazał. Nie rozumiejąc sytuacji, zagroził, że kto poprze Morawieckiego, ten straci szansę, by za 18 miesięcy znaleźć się na listach PiS do parlamentu! Kaczyński, oszalały ze strachu przed Niemcami i Unią, nie zrozumiał, że ekipa Morawieckiego pójdzie do władzy z własnymi listami wyborczymi... Tylko Tobiasz Bocheński załkał rozpaczliwie: „Gdzie prawica się dzieli, tam Tusk się weseli”. Bo właśnie młodsze pokolenie pisowców zrozumiało, że znalazło się na równi pochyłej. Nie kupili uspokajających zapewnień Morawieckiego, tylko gromko wznieśli desperacki okrzyk: „Zdrada!”. Jak zwał, tak zwał, ale wydaje się dziś, na starcie Stowarzyszenia, że historia je poprze. Morawiecki na tyle poznał kuchnię władzy politycznej (jakże innej od rządów w banku!), że wie, jak poprowadzić drużynę do zwycięstwa. Słabość PiS-u mu sprzyja, ale sprzyja mu też słabość rządzącej Koalicji, czego dowodzi skład osobowy jej komitetu wyborczego, odpowiedzialnego za przyszłoroczne wybory. Jeśli drużyna Morawieckiego nosi kryptonim „harcerze”, to drużyna Tuska to tylko debiutujące „zuchy”.
Tytuł nawiązuje do szkolnej lektury moich czasów. Książka Gajdara „Timur i jego drużyna” była popularna, bo pokazywała dobre uczynki, jakie radzieckie dzieci latem 1940 roku spełniały dla rodzin żołnierzy walczących na froncie. Pinokio i jego drużyna też chce zbudować dobry i ciepły wizerunek, ale może się to skończyć bratobójczą kompromitacją PiS-u, nie mniejszą niż u Gajdara. Bo na froncie w 1940 roku Rosjanie nie walczyli z Niemcami. Walczyli z Polakami.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.