Historia Zbigniewa Ziobry to aż nazbyt plastyczna ilustracja znaczenia powiedzenia o fortunie i kole. Człowiek, który budził strach, a nawet grozę, dziś budzi wesołość, a nawet szyderę. Horror zamienił się w humoreskę i tragifarsę.
Kim dla Lenina był Dzierżyński, dla Stalina Beria, dla Hitlera Himmler, dla Castro Che, a dla Bieruta Berman, tym dla Kaczyńskiego był Ziobro, który dla wodza partii i własnych korzyści gotowy był łamać prawo i wykańczać politycznych przeciwników. Nie mordując ich fizycznie, ale niszcząc im życie i czerpiąc z tego, jeśli nie korzyści majątkowe, to na pewno dziką satysfakcję.
Nie porównuję oczywiście Kaczyńskiego i Ziobry do potworów powyżej. To byłby idiotyzm. Zwracam tylko uwagę na pewien popularny w dyktaturach i autokracjach model, gdy pragnący zawładnąć krajem i niepodzielnie nim rządzić przywódca znajduje gorliwego pomocnika, który nie dorównuje mu charakterem, osobowością i talentem, ale często przerasta bezwzględnością. Dziś wicedyktator jest obiektem festiwalu kpin i szyderstw. Mamy orgię pogardy dla gościa, który zgrywał szeryfa, za paskiem miał pistolet, a zamiast mieć w gaciach prawdziwe atrybuty męskości, owinął dupę pieluchą. Cóż za rollercoaster – najpierw wszechmocny prokurator generalny i wszechwładny samozwańczy szeryf, a teraz tchórz i wyszydzany nawet przez swoich zbieg.
Ziobro był bezwzględny, gdy miał za sobą państwo, służby i prokuraturę. Okazał się niedorajdą i miękiszonem, gdy w samo południe trzeba było stanąć do pojedynku w słońcu. Ziobro z państwem za sobą to tytan i imperator, bez nich to przegryw, ciamajda i słabeusz. Tak bywa, szczególnie z człowiekiem bezlitosnym i pozbawionym wszelkich skrupułów.
Afera z Funduszem Sprawiedliwości to nie tylko przestępstwo, ale też metafora. Mieliśmy do czynienia z okradaniem ludzi, którym zniszczono życie i zdrowie, i przywłaszczaniem sobie przez urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości tego, co miało być rekompensatą za ich tragedie i dramaty, czyli z instytucjonalizacją ponownego krzywdzenia zwykłych ludzi pod pozorem pomagania im.
Ucieczka do służącego Kremlowi i Putinowi autokraty i złodzieja była w sumie logiczna. Demokracja najpierw pozbawiła Ziobrę stanowiska w Polsce, a potem, już na Węgrzech, miejsca schronienia. Miał może Ziobro rację, że z nią walczył, bo same z nią kłopoty. Kluczowe pytanie brzmi: dlaczego Ziobro nie chce walczyć teraz i się bronić? Chodorkowski i Nawalny potrafili wrócić w szpony mordercy i śmierci. Może dlatego, że walczyli w słusznej sprawie. Stąd bitwa o sprawiedliwość, a nie ucieczka przed nią. Znam takich, którzy przez Ziobrę musieli wyjechać z Polski. Im więzienie groziło jednak nie za złodziejstwo, tylko za niewinność.
W Polsce Ziobrze nie grozi nic poza prawem i sprawiedliwością. W uczciwym procesie może obalić tezy prokuratury, przedstawić dowody swej niewinności i obnażyć „okrutne i bezprawne państwo Tuska”. Ale trzeba wyjść na arenę. Albo jest się jak filmowy gladiator Maximusem, albo Ziobro-minusem.
Ziobro to symbol tchórzostwa, nikczemności i niegodziwości tamtej władzy. Nie ma odwagi, bo wie, że nie ma szans. Jakieś osiem lat temu na pewnej imprezie ktoś powiedział mi, że chce ze mną porozmawiać stojąca obok jego żona, pani Patrycja Kotecka. – Oczywiście – zgodziłem się. Rozmowa zaczęła się niezbyt sympatycznie, bo od stwierdzenia, że „jeśli Polska kiedykolwiek ma być normalnym krajem, to pani mąż musi siedzieć”. Wiedziałem, co ryzykuję. Lata później Ziobrowie wynajęli medialnego cyngla, by zniszczył mi życie.
Kaczyński Ziobry używał, ale go nienawidził i nim gardził. Cieszy się, że ma go z głowy, używa go tylko cynicznie, żeby dowieść „potworności reżimu Tuska”. W przypadku Ziobry mamy do czynienia z perwersyjnie obleśnym wymiarem moralnego paskudztwa. Wiele wskazuje na to, że plując w twarz chorym onkologicznie, nawet raka użył w swej strategii przetrwania i ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości.
Ciąg dalszy nastąpi. Pytanie brzmi, jaki powinien być logiczny dalszy ciąg i jaka powinna być pointa tej opowieści o nieciekawym człowieku. Ława oskarżonych? Może logiczne, ale chyba zbyt banalne. To nie będzie epopeja na miarę hollywoodzkiej czy nawet netfliksowej produkcji. Trzeba będzie raczej czegoś bardziej groteskowego, a nawet karykaturalnego. Czegoś à la „Upadek”, którego sceny ze zmienionymi dialogami oglądamy stale w internecie.
Zdrajca, zbieg, Ziobro. Żadna wybitna postać czy osobowość. Zło bywa fascynujące. Tu jednak, jak napisałaby Hannah Arendt, jest po prostu żałośnie banalne: żądza władzy, mściwość i pazerność.
TOMASZ LIS