Nic nie poradzę, że staram się zrozumieć starca o zszarganych nienawiścią nerwach.

Opinie publikowane w serwisie wyrażają poglądy osób piszących i nie zawsze muszą odzwierciedlać stanowiska całej redakcji

Felieton z cyklu "Za pięć trzynasta"

Bezdarność. Słowo to spłynęło na mnie nieoczekiwanie, w sennej aurze, jako oczywiste, a tylko przez niedopatrzenie nieobecne w języku. Bezdarność. W połowie bezradność, po części niezdarność. Kwintesencja wczesnej jeszcze starości, bo przecież – jak pisze się we wspomnieniach o zmarłych sześćdziesięciolatkach – „w tym wieku jeszcze się nie umiera". To w jakim się umiera? Sto lat, sto lat niech żyje, żyje nam… Naprawdę?

Mam sześćdziesiąt pięć lat, i jest to chyba właśnie wiek wczesnej starości. Przynajmniej dla mnie, który jak na swój czas jestem dość gruntownie zużyty i nie jestem typem dziadka, który uczy swoje wnuki pływać, chodzi leśną ścieżką energicznym, lekko rwanym krokiem (jak w starym kinie) z dumnie odsłoniętą klatką piersiową. W zamian za ostentację siły i atrybutów nieustępliwego trwania przy rytuałach młodości, mam moją bezdarność, która daje o sobie znać coraz częściej. W wielu sytuacjach, z których kilka wymienię na wypadek, że nie jestem w nich sam, a czytając o nich, ktoś z ulgą zawoła: "i ja mam tak samo".

Po trzecie – nie wiem, dlaczego nie powinienem powiedzieć o przedwojennej poetce, że była piękna, skoro mówili tak o niej przyjaciele. Nie wiem, skąd we mnie przeczucie, że większy pożytek dają książki i filmy nienagrodzone, niż nagrodzone. Nie wiem, dlaczego powinienem wstydzić się dobrych uczuć i zaufania do polityka, który w najgłębszym zmęczeniu przeciwstawia się deklarowanej nienawiści i za swój upór płaci cenę, jakiej nie potrafimy jeszcze ogarnąć… W swojej bezdarności nie czuję momentu, w którym troska o własny kraj staje się wykluczeniem dla innych. I wreszcie… Boże… Dlaczego tak nienawidzę lizusostwa jak kocham (choć mnie irytują) lizusów – ludzi o przetrąconych nogach i sercach. Dlaczego nie jestem w stanie wyobrazić sobie nawet tej chwili, w której jakiś dziennikarz, ewidentnie niesyty uznania, zamyka oczy i wchodzi w korytarz kłamstwa. Ani tej gdy polityk, który kradł i broił, otwiera usta po to, by powiedzieć, że to robił kto inny.

Nie umiem wiele jeszcze innych rzeczy, które wpędzają mnie w bezdarność/niezradność. I co dzień zaskakuje mnie nowa. O, przykład z wczoraj – dlaczego nie umiemy wyzwolić w sobie łagodnej stanowczości, takiej bez potępienia, dla tych Białorusinów, którzy nawet jeśli poawanturowali się na Narodowym, to przecież przyjechali na koncert właśnie po chwilę niekontrolowanej euforii. Do Polski, w której do awantur dochodzi co chwilę…

I inny jeszcze: „śmieci" (mam nadzieję, że choć wielką literą). „Zdradzieckie mordy". „Jest pan chamem". Ale też „spieprzaj dziadu", którą to uprzejmością obdarzył starszego mężczyznę śp. Prezydent. Nie mam pojęcia: czy bliźniacy zostali źle wychowani, czy są (jeden jest, drugi był) ofiarami zjawiska, o którym na własnym przypadku mówił mi kiedyś Tadeusz Różewicz: „czasem tak zagotuje się w głowie, że trzeba wybuchnąć, bo inaczej pęknie czaszka". I nic nie poradzę, że staram się zrozumieć starca o zszarganych nienawiścią nerwach.

Bezradność – niemoc. Niezdarność – utrata ostrości umysłu. Bezdarność. Może niezradność. Wszystko jedno. Wszystko nic.

Jarosław Mikołajewski