https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,33011846,marcin-matczak-zbyt-wasko-byloby-rozumiec-hau-hau-poslanki.html#s=S.opinion-K.P-B.1-L.2.zw

W zachowaniu Dominiki Chorosińskiej wobec ministra Kosiniaka-Kamysza można dostrzec pewien postęp w kierunku transparentności. 

Już się wydawało, że w swej akustycznej historii parlamentaryzmu Polska zapisze głównie Sejm Niemy, a tu dzięki byłej minister kultury (!) w rządzie PiS ma Sejm Szczekający.

Ten odgłos, który Dominika Chorosińska wydała z siebie w czasie posiedzenia parlamentu, domaga się egzegezy, bo trzeba wyjaśnić, jak ostatnie trzysta lat doprowadziło nas od milczenia narzuconego do szczekania dobrowolnego.

Zbyt wąsko byłoby rozumieć to „hau, hau" jako chęć zezwierzęcenia swoich politycznych przeciwników. O nie! To gest i dźwięk o wiele bardziej obfitujący w znaczenia, niż mogłoby się z pozoru wydawać.

Być może ta sytuacja jest spełnieniem czyichś marzeń – wszak ludzie zawsze chcieli, by ci, którzy ich reprezentują, byli wyszczekani. W końcu więc ktoś potraktował te wymagania zawodowe dosłownie. Okazuje się ponadto, że język polski od dawna w idei "wyszczekania" przeczuwał, że zdolność mówienia może zostać zastąpiona zdolnością zagłuszania.

Ale może jest tak, że posłanka mówi do nas jedynym językiem, który - jak sądzi - zrozumiemy. Bo wprawdzie niby szczekała na Władysława Kosiniaka-Kamysza, faktycznie jednak występowała przed kamerami wobec nas wszystkich.  I może to gromkie „hau, hau" zawiera teorię polskiego wyborcy, którą ma w głowie posłanka. Bo jeżeli polityk wybiera szczekanie jako skuteczny komunikat, to zakłada, że obywatel lepiej reaguje na dźwięk dominacji niż na argument.

Ale są i dobre strony. Szczekanie to komunikat politycznie idealny. Niczego nie twierdzi, więc nie można mu niczego zarzucić. Niczego nie obiecuje, więc nie trzeba go później realizować. Nie uzasadnia stanowiska, ale wskazuje wroga. Szczekanie to wypowiedź  całkowicie wolna od ryzyka odpowiedzialności za słowa.

Jeśli natomiast chodzi o pozytywy społeczne, to po pierwsze, proszę zwrócić uwagę, że szczekanie nie kłamie. Bez względu na to, jak gromkie jest "hau,hau" posła czy posłanki, nie może być ono ani prawdziwe, ani fałszywe. Nie ma wartości logicznej, choć ma wysoką wartość diagnostyczną: pokazuje stosunek do przeciwnika i wyobrażenie o publiczności.

Po drugie, polityków oskarża się nieraz o stosowanie tak zwanego "psiego gwizdka", dog whistle - zaszyfrowanego sygnału, którego nadawca może się później wyprzeć. Na przykład mówi się, że Ukraińcy zajmują Polakom miejsca w kolejce do lekarza. Niby nie wzywa się do agresji, ale tak naprawdę na innym poziomie wywołuje się reakcję nienawistną – bo przecież zabranie miejsca w kolejce u lekarza to zamach na naszą egzystencję.

Tutaj gwizdek został zastąpiony jawnym odgłosem psa. Można w tym dostrzec pewien postęp w kierunku transparentności: pogardzający przestali wreszcie używać kodu.

Można też powiedzieć, że posłanka Chorosińska postawiła siebie w roli tłumacza z ludzkiego na psi, jednocześnie decydując, kto wymaga komunikacji szczekaniem, bo inaczej nie zrozumie.

 
Tym samym stała się także administratorem człowieczeństwa, który przypisuje adresata do odpowiedniego gatunku komunikacyjnego, czyli ludzie na prawo, psy na lewo.

Literatura niestety nie tylko nie wyjaśnia, jak to szczekanie rozumieć, ale jeszcze utrudnia sprawę. Przykładowo wielcy pisarze zwykli pisać o ludziach i psach w sposób, który mieszał te dwie grupy. W "Psim sercu" Bułhakowa profesor Preobrażeński przeszczepia psu Szarikowi ludzką przysadkę i jądra, a ten staje się urzędnikiem Szarikowem, odpowiedzialnym za ściganie kotów. To dopiero metafora – kto tu jest kim, kto symbolizuje obywateli, a kto polityka?

U Kafki w "Dociekaniach psa" z kolei pies jest naukowcem, który między innymi analizuje istnienie dziwnych "napowietrznych psów" (Lufthunde). Trudno mu ten fenomen wyjaśnić, ponieważ psi docent nie ma w swojej teorii świata pojęcia człowieka – dlatego nie widzi właścicieli piesków kanapowych, noszących swoje pociechy na ramionach, i te zdają mu się latać. Tu już chyba bliżej jesteśmy uzyskania pomocy, bo w wizji świata niektórych polityków także brakuje pojęcia człowieka. Dlatego, zamiast mówić, szczekają.

Psów zresztą w wystąpieniach publicznych mamy ostatnio nadmiar. Elon Musk mówi, że jak sztuczna inteligencja będzie się tak rozwijać, jak się rozwija, niedługo zostaniemy jako ludzie jej labradorami. Znaczy, że będziemy jak te uległe domowe zwierzaki, które się łaszą i od czasu do czasu aportują.

Z drugiej strony „The Economist" pisze, że to my powinniśmy sztuczną inteligencję traktować jak psa. W sensie, że dawno temu psy udomowiliśmy, choć było dużo wątpliwości, czy pomysł, aby wilka wpuścić do jaskini, był rzeczywiście taki świetny. Psy były więc naszą wczesną ryzykowną technologią, bo nie było jasne, czy na przykład nie zaczną jeść dzieci. Ostatecznie udomowienie się udało i pozwoliło nam wygrać ewolucyjnie z neandertalczykami.

Czy jednak tak samo dobrze pójdzie nam udomowienie sztucznej inteligencji? A może wymknie się spod kontroli i nas zaatakuje? Na razie sztuczna inteligencja obala hipotezy Erdosa z zakresu geometrii dyskretnej, a białkowa inteligencja w parlamencie wydaje psie odgłosy. I jak tu się w tym wszystkim zorientować?

W sensie proceduralnym poselskie "hau, hau" niewiele zmieniło. Jak to mówią, psy szczekają, karawana jedzie dalej: głosowania miały miejsce, Polska przetrwała. Można też znaleźć jakieś pocieszenie w fakcie, że posłanka jednak szczekała, a nie gryzła. Parlament w swej pierwotnej funkcji miał zastępować agresję dyskusją, aby przeciwnicy nie musieli używać przemocy. I to na razie się dzieje.

Groteska wystąpienia posłanki Chorosińskiej polega jednak na tym, że po szczekaniu już niewiele zostaje w instrumentarium wpływu publicznego. Co będzie następne?

Pozostaje też kwestia filozoficzna: czy można odszczekać szczekanie? Teoria aktów mowy zna pojęcie "cofnięcia znaczenia", kiedy ktoś wyjaśnia, że nie o to mu chodziło. Ale czy szczekanie to mowa?

Ciekawe, jakie jeszcze odzwierzęce zachowania pozostają politykom do dyspozycji? Stawiam na mruczenie i gruchanie (przed wyborami), na pohukiwanie (zaraz po), i na byczenie się w tak zwanym międzyczasie. A nam pozostanie na to patrzeć i rżeć, niekoniecznie ze śmiechu.

redagował Marek Markowski

 
Marcin Matczak
Marcin Matczak
Marcin Matczak – ur. w 1976 r., specjalista od teorii i filozofii prawa, profesor na Wydziale Prawa i Administracji UW