Arkadiusz Gruszczyński
Dziennikarz, wcześniej animator kultury. Pisze dla „Wyborczej” od 2015 r.

 

"Prezydent" - nie używam tego tytułu w stosunku do Nawrockiego. Używam innych, ale jeśli musimy oficjalnie, to umówmy się na tytuł "osoby sprawującej urząd prezydenta".

 

Arkadiusz Gruszczyński: Aleksander Miszalski został odwołany, ponieważ był słabym prezydentem Krakowa?

Joanna Szczepkowska: - Błędem okazał się bojkot niedzielnego referendum. Mieszkając w Krakowie, pewnie nie poszłabym głosować w poczuciu, że chcę odciąć się od tych, którzy to zorganizowali, czyli od Konfederacji. To dla mnie naturalny odruch. Tyle tylko, że okazał się pułapką.

Nie wiem, jakim prezydentem był Miszalski, bo po prostu z odległości Warszawy nie mogę go ocenić. Wiem, że chciał wdrożyć plan odtrucia powietrza, co mogło być uciążliwe na krótką metę, ale na dłuższą - konieczne.

Natomiast - jak się okazuje - w referendum trzeba brać udział, jeśli zostało zatwierdzone. Oczywiście myślę o referendach z jasnymi pytaniami, bez pokrętnej propagandy.

To, co mnie zastanawia w tym wszystkim, to prawo, które pozwala na to, żeby na uznanie referendum mogła wpłynąć tak niska frekwencja. To było jednak tylko 27 procent z uprawnionych do głosowania.

A czy pod polityką nie kryją się antyelitarne emocje? Progresywny prezydent podnosił ceny biletów miejskich, ograniczał wjazd samochodów do centrum Krakowa. To się mogło nie spodobać ludziom.

- Wiemy, że to się nie podobało 27 procent Krakowian. Ilu z większości, która została w domu, to się podobało, nie wiemy. Zresztą nikomu nie podobają się podwyżki, ważne tylko, ilu rozumie, że są konieczne i ilu ufa, że są inwestycją w przyszłość. 

Odwołanie prezydenta Krakowa będzie problemem dla Donalda Tuska?

- Myślę, że w powodzi antytuskowej propagandy to tylko jedna z drobnych fal. Rozdmuchają to, wykorzystają na swoją korzyść nawet wbrew matematycznej logice. Tu już logika przestała się liczyć, słowa zresztą też. Nie sądzę, żeby jeden problem więcej czy mniej był niespodzianką dla Donalda Tuska.

Niezadowolenie z rządu może rozlać się na inne miasta, w których może dojść do kolejnych referendów?

- Niczego takiego ani nie chcę, ani nie mogę powiedzieć, bo w doświadczeniu krakowskim nie widzę niezadowolenia z rządu. Tylko 27 procent Krakowian zagłosowało za odwołaniem prezydenta miasta. Gdzie tu jest niezadowolenie z rządu?

Nie sądzę, żeby teraz nastąpiła plaga referendalna. Jeśli tak, będzie to wojna polityczna, w której w ogóle nie chodzi o prezydentów. 

Ile można wybaczyć rządowi?

- W normalnych czasach, jeśli pojawiają się błędy, niczego się nie wybacza, tylko naciska się na rząd. Ale my nie żyjemy w normalnych czasach. Stawka jest inna. Wszystko albo nic. No więc teraz wybaczyłabym wszystko.

Nawet ściganie przez cały aparat państwa, łącznie z premierem i szefem resortu spraw wewnętrznych, ukraińskiego influencera, który wjechał nad Morskie Oko samochodem?

- Wie pan, w normalnych czasach to bym się szczerze uśmiała z obrazu, który pan namalował. Jedzie ukraiński influencer do Morskiego Oka, a za nim biegnie cały aparat państwa. Jednak dziś trochę inaczej to wygląda. Jest wojna w Ukrainie, premier wspiera naszych sąsiadów. Mamy jednocześnie nastroje antyukraińskie i z nimi rząd też musi mierzyć. Jeśli więc chłopak z Ukrainy kłujący w oczy bogactwem popisuje się jazdą, łamaniem przepisów i oszukiwaniem policji, to rząd daje sygnał społeczeństwu, że nie ma tu ulgowej taryfy.

Ale przecież premier i minister Marcin Kierwiński nie ścigają Polaków, którzy wyrzucają śmieci w Tatrzańskim Parku Narodowym. A tego ukraińskiego chłopaka spotykają sankcje jak rosyjskiego oligarchę.

- Sprawa zaczyna się nie od tego, że został za surowo ukarany, tylko od tego, że bardzo ulgowo. Policja ukarała go stuzłotowym mandatem za coś, za co w polskim prawie Polak może dostać 5 tysięcy. To był ten punkt newralgiczny, który w naszym szczególnym czasie wzbudził wielkie emocje.

Te emocje mogą nas wszystkich wiele kosztować. Ugaszono je na poziomie rządu, karą w moim przekonaniu za wysoką w stosunku do czynu. Wydalenie na pięć lat to rzeczywiście bardzo długo. Ale premier wysłał sygnał społeczeństwu, że państwo nie będzie tolerowało przestępstw, niezależnie od pochodzenia sprawców. Ten sygnał jest istotny w naszych czasach i w naszych skrajnych emocjach. 

 

I uważa pani, że ściganie się z prawicą na radykalizm w stosunku do Ukraińców, ma polityczny sens?

- Nie uważam, że rząd się ściga. Uważam, że jest na politycznej wojnie.  Uważam, że agresorem jest prawa strona, która zagarnęła cały system prawny, konstytucyjny, a propagandowymi kłamstwami także wielką część społeczeństwa.

Na tej wojnie największy sens ma próba dotarcia do wyborców niezdecydowanych i do konserwatywnej części społeczeństwa, które ślepo idzie za patoprawicą, nie zważając na liczbę popełnionych przestępstw i skandali. I to są dwa najważniejsze zadania.

Sprawa jest o tyle utrudniona, że Prawo i Sprawiedliwość przejęło całe słownictwo i narrację demokratów. Dzisiaj Karol Nawrocki i Jarosław Kaczyński twierdzą, że Tusk łamie demokratyczne zasady, czyli odwrócili kota ogonem. Okazuje się, że Zbigniew Ziobro jest ofiarą, a nie posłem z zarzutami, a Nawrocki dodaje na szczycie spotkania wschodniej flanki NATO w Rumunii, że państwo polskie nie działa i jest niepraworządne.

Odwrócenie pojęć. Państwo polskie przywraca praworządność, co jest pracą Syzyfa z powodu wet Nawrockiego. I mimo tych okoliczności rządzący posuwają ten kamień do góry. 

Za chwilę wrócimy do prezydenta…

- Nie używam tego tytułu w stosunku do Nawrockiego. Używam innych, ale jeśli musimy oficjalnie, to umówmy się na tytuł „osoby sprawującej urząd prezydenta".

Jasne. Spójrzmy jeszcze na inne rysy koalicji rządzącej. Po co premier zwlekał tygodnie z ogłoszeniem zgody na transkrypcje małżeństw jednopłciowych zawartych zagranicą?

- To jest pytanie do premiera, nie do mnie. Ja mogę tylko powtórzyć: to jest wojna, a nie walka. Na wojnie liczy się strategia. Podejrzewam, że premier zdaje sobie sprawę, z jakim społeczeństwem ma do czynienia i jak silny jest tu konserwatyzm.

Został nam rok do wyborów, to jest tylko kilkanaście miesięcy. Trzeba zacisnąć zęby, iść głosować na opcję liberalną, a po wygranej bić się o to, co ma dać liberalna demokracja.
W wypadku przegranej wszystkie drogi będą zamknięte. Także drogi wolności słowa. Niedawno obejrzałam ostatni wywiad prezentera, któremu Donald Trump zdjął program. To niby drobiazg, ale daje obraz naszej ewentualnej przyszłości.

Jeszcze raz przypomnę słowa Donalda Tuska, który poprosił nas o zaufanie. I ja za tymi słowami idę i będę za nimi szła do 2027 roku, do wyborów parlamentarnych. Mówię i piszę o tym konsekwentnie, bo cel jest jeden: wygrać wybory. Na tym etapie wojny trzeba ważyć, ile zniesie konserwatywna część społeczeństwa, choćby w kontekście związków jednopłciowych. Sprawdzić, czy transkrypcja nie stanie się punktem zapalnym.

Nie stała się, już to wiemy, nawet prawica machnęła na to ręką.

- No właśnie. Poza tym mówimy o wyłomie, o parach, które zawarły małżeństwa za granicą, o czymś rzadko spotykanym, bo nie każdego na to stać. A faktyczną rozmowę z rządem powinniśmy prowadzić o pełnej równości dla wszystkich par i związków. To będzie możliwe po wygranych wyborach.

Czyli przez ten rok mamy przymykać oczy na zawieszenie prawa azylowego?

- Tak. Mówimy o kilkunastu miesiącach, a nie o latach. Przez ten czas wielu z nas będzie czuło niezgodę na wiele decyzji. Ja też. Tyle tylko, że kiedy jest wojna, nie zajmujemy się tym, czy żołnierze niszczą ściółkę leśną, choć przecież niszczą. Liczy się zwycięstwo.

W lutym Kancelaria Prezydenta złożyła projekt ustawy, który przewiduje kary do 10 lat więzienia dla sędziów, którzy kwestionują status tak zwanych neosędziów i orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Inaczej mówiąc: prezydent zapowiada karanie więzieniem za krytykę systemu. W taką stronę to idzie.

Ja też się powstrzymuję przed krytyką rządu. Nie zgadzam się na siłowe wypychanie za granicę uchodźców. A przecież biliśmy się z PiS o humanitarne podejście do ludzi uciekających przed totalitaryzmem. Powinnam publikować relacje osób, które są dla mnie autorytetami, walczyć, angażować ludzi w kontrolę sytuacji na polsko-białoruskiej granicy. Nie robię tego i nie czuję się z tym dobrze. Czekam do 2027 roku.

Rozumiem, ale czy przejmowanie języka prawicy przez premiera nie zniechęci wyborców progresywnych? W 2023 roku liczyły się inne hasła niż te, którymi mówił rok temu Rafał Trzaskowski, krytykując pomoc mieszkającym u nas Ukraińcom czy Europejski Zielony Ład.

- Jeśli będziemy mówić o „przejmowaniu języka prawicy przez premiera", to zniechęci. To nie jest żadne przejmowanie, tylko wojenna strategia na ten konkretny czas.

W 2023 roku nie było Karola Nawrockiego. Obietnice Donalda Tuska, nie miały konfrontacji z kimś, kto rozwala państwo.

To nie jest dziwne, że politycy skupiają się głównie na tym, w jaki sposób przywracać normy praworządności. Dopóki nie istnieje prawowity Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy, państwo jest chore i ognisko choroby trzeba leczyć, a nie objawy.

To jasne, ale te 100 tysięcy wyborców strony demokratycznej, które nie zagłosowało w drugiej turze na Trzaskowskiego, nie myśli takimi kategoriami.

- Szkoda. Lecą prosto w pajęczynę. Nie rozumieją, że to są wojenne okoliczności. Żyją tak, jakby to były normalne czasy. Trochę im nawet zazdroszczę.

Przy okazji grania spektakli spotyka się pani z ludźmi w całej Polsce. Co mówią o polityce?

- No tak, ale spotykam się z tymi, którzy przychodzą do mnie po spektaklu albo przychodzą na spotkania. Spotykam się więc raczej ze „swoimi", także z czytelnikami moich codziennych wpisów na Facebooku.

Tylko raz spotkałam się z przeciwnikami politycznymi, którzy urządzili przeciwko mnie demonstrację na Wybrzeżu. Mieli nawet transparenty: „Joanno, przeproś prezydenta" Wyszłam do nich po prostu.

Wzięłam mikrofon i pogratulowałam im tej demonstracji. Przypomniałam, że w czasach rządu PiS nasza strona nie mogła sobie pozwolić na swobodne demonstrowanie, pojawiłyby się barierki, policja zamknęłaby nas w kotle albo w policyjnym samochodzie. Powiedziałam: cieszę się, że mogą demonstrować, że za rządów Donalda Tuska żyjemy w państwie demokratycznym. Potem już odebrano mi mikrofon, rozeszli się, choć ten protest miał trwać przez cały spektakl.

Więc może w Polsce jest miejsce dla wszystkich? Dla zwolenników i przeciwników rządu?

- W żadnym kraju nie ma „miejsca dla wszystkich", czyli dla każdego światopoglądu. Nie oszukujmy się. Coś musi przeważyć i druga strona będzie miała poczucie krzywdy. Albo legalna aborcja tak, albo nie. Polowania albo tak, albo nie.

Choć bywają sytuacje, kiedy dochodzimy do porozumienia, szczególnie w kryzysowych momentach.

Kiedy dwa lata temu powódź zalewała Dolny Śląsk, zorganizowałam zbiórkę darów w mojej dzielnicy. Napisałam na Facebooku, że przydałby się jakiś transport. Zgłosił się nieznany mi mężczyzna, który miał duży samochód i jechał w tamte strony.

Pakując rzeczy, zaczęliśmy gadać, no i się okazało, że jesteśmy po całkowicie przeciwnych stronach. I co miałam zrobić? Wypakować to wszystko, bo się brzydzę jego poglądami? Byłam z nim na gorącej linii telefonicznej, współpraca okazał się wspaniała. W innych okolicznościach może bym dostała od niego kamieniem.

A pani chce stawiać Karola Nawrockiego przed Trybunałem Stanu. Uważa pani, że prezydent łamie konstytucję.

- Tak, uważam, że powinien stanąć przed Trybunałem Stanu. Nie przestrzega konstytucji i ustawy zasadniczej, która mówi: prezydent zapewnia ciągłość władzy w Polsce.

Słowo „zapewnia" jest kluczowe. Jeśli Nawrocki staje przed prasą międzynarodową i twierdzi, że jego kraj nie przestrzega praworządności, to burzy tę ciągłość, także wobec opinii światowej. Nie udaje mu się to na szczęście, ale liczy się intencja. To jest jawna zdrada interesów państwa.

Zarzuca też pani prezydentowi, że zbyt często stosuje prawo weta.

- No, to jest mało powiedziane.

Lecz zwolennicy Nawrockiego twierdzą, że olbrzymią liczbę ustaw jednak podpisuje.

- No i to jest właśnie powrót do „umysłu zniewolonego". Mamy się cieszyć, że coś podpisał.

Nawrocki wetuje projekty kluczowe dla przywracania praworządności i bezpieczeństwa.

Prezydent chce obalić rząd Tuska, który w jego opinii jest najgorszym gabinetem po 1989 roku.

- Opinia to jest prywatna sprawa. Ten urząd jest określony w systemie prawnym. Ktoś, kto go obejmuje, zawiera z państwem umowę o pracę. Ta umowa nazywa się konstytucją. Nie ma tam mowy o władzy prezydenta, do jakiej Nawrocki pretenduje.

Mamy teraz problem, bo nasza konstytucja była pisana w czasach romantycznych. W latach 90. panował klimat, w którym pracowaliśmy dość jednomyślnie na rzecz rozwoju Polski, wierzyliśmy, że politycy zawsze będą kierować się dobrą wolą. Konstytucję napisano w duchu wzajemnego zaufania. Nikomu nie przyszło do głowy, że ktoś nazywający się prezydentem będzie blokował rząd.  

Czyli Karol Nawrocki ma rację, kiedy mówi, że znaleźliśmy się w momencie konstytucyjnym i jako społeczeństwo powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie, w jakim ustroju chcemy żyć?

- Po pierwsze, nie mam jednoznacznej pewności czy Karol Nawrocki jest prezydentem.

Nie znam prawdziwej liczby oddanych na niego głosów. Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego została wybrana nielegalnie, a to właśnie ci sędziowie potwierdzili wynik wyborów prezydenckich.

A dwa lata wcześniej zatwierdzili wynik wyborów parlamentarnych, więc równie dobrze możemy uznać, że rząd Tuska jest nielegalny.

- Tylko jeśli ustalimy, skąd wzięła się choroba, to i tak stan zapalny jest w działaniach Prawa i Sprawiedliwości, czyli wywróceniu całego konstytucyjnego porządku.  Żyjemy w ruinach tego porządku, więc sprzyjam tym, którzy starają się odbudować, a nie tym, którzy w ruinach budują władzę siły.

Czyli tak naprawdę zgadza się pani z prezydentem, że musimy rozwiązać jakoś ten ustrojowy problem?

- Pytanie z gatunku prowokacyjnych, które wywołuje lekkie rozbawienie. Tyle tylko, że tu nic zabawnego nie ma. Jeśli się z kimś zgadzam, to z ministrem Waldemarem Żurkiem, który ten „ustrojowy problem" rozwiązuje z wielką determinacją.

Konstytucja wymaga rewizji i publicznej debaty. Chociażby w kwestii, czy na pewno urząd prezydenta jest nam potrzebny. Bo z konstytucyjną wizją „godnie reprezentującego" możemy się pożegnać.

Trzeba by było też  zrewidować punkt o tym, że małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety. To trudne do przełknięcia przez tradycyjnie myślących, ale mamy już zupełnie inne czasy i pojęcie małżeństwa też się zmieniło.

Odwróćmy sytuację: wielu Polaków – nawet 11 milionów – popiera obecnego prezydenta i twierdzi, że rząd Tuska nie działa w ich interesie. A pani chce wyrzucić prezydenta. Czy nie widzi pani żadnej szansy porozumienia z drugą stroną?

- No to poszerzmy pole widzenia i wróćmy do takich momentów w historii świata, kiedy miliony wybierały liderów, którzy spowodowali zagłady ludzi. Jak to możliwe? Populistyczna propaganda, czyli broń, po którą sięgają ludzie, którzy chcą rządzić siłą.

Widzę jedną szansę porozumienia. Codzienna, żmudna perswazja. Niektórzy uważają, że to naiwność. Ja innej drogi nie widzę. Odbiór skrajnej propagandy, jaką proponuje telewizja Republika. zawęża myślenie do jakiejś abstrakcyjnej nienawiści, do jakiś abstrakcyjnych „Niemców".

Ludzie niestety dobrze się odnajdują w takich emocjach. Kiedyś mieliśmy diabła, teraz „obcego". Sama spotykam się nagle z tym, że jestem z „obcych", choć całe życie jestem stąd.

Na pewno?

- Na pewno. Pana pytanie pewnie dotyczy moich skompilowanych korzeni. Moim zdaniem w naszym kraju większość obywateli może się takich doszukać. Poszukiwania polecam każdemu, kto zadaje sobie pytanie, czy „na pewno".

W 2001 roku pisałam autobiografię „Kto ty jesteś". W jednym z rozdziałów chciałam opisać losy przodków, o których – zdawało mi się – wiedziałam wszystko. Jestem wnuczką pisarza Jana Parandowskiego, o którym napisano wiele biograficznych tekstów. Przez lata wydawało mi się, że moja rodzina od wieków miała same polskie korzenie. Myślałam, że ten prosty rozdział napiszę w dwa tygodnie.

Pisałam go dwa lata. Zaczęło się tak, że zajrzałam do pudła z napisem „archiwalia", które odziedziczyłam po rodzicach. Zaczęłam grzebać, dowiadywać się i poznałam tajemnice mojej rodziny. No i okazało się, że w moich żyłach płynie krew Polaków walczących pod Grunwaldem, ale też Ukraińców i przesiedleńców niemieckich i Żydów.

Uważałam to za niezwykłe i interesujące odkrycie, szkoda, że takie późne, kiedy już nie miałam z kim o tym rozmawiać. Wiele wtedy zrozumiałam, jeśli chodzi o wojenne i tułacze losy mojej rodziny. Chciałabym wiedzieć dużo więcej. Niestety nie zdążyłam o tym rozmawiać z matką.

O co by pani ją zapytała?

- O strach. Myślę, że od nastoletniego życia, czyli od wojny, musiała żyć w strachu, o którym ja nic nie wiedziałam. Bardzo możliwe, że ten strach jakoś ją ukształtował i przeniósł się na dalsze życie. Pewnie dlatego nasze skomplikowane korzenie trzymano w tajemnicy.

Ja się zabrałam do pisania tej nowej historii o mojej rodzinie z wielką pasją. To było długie, reporterskie śledztwo. Nie zwracałam uwagi na ostrzenia przyjaciół. Wtedy uważałam, że żyję w normalnym kraju, nie mam zamiaru się cenzurować, a podobne historie ma cała masa ludzi. Nie godziłam się na obraz społeczeństwa, które może atakować kogoś za pochodzenie.

Dzisiaj myśli pani podobnie?

- Chciałabym, ale się nie da. Nagle to, co jest po prostu interesujące, zmieniło się w argumenty przeciw mnie. To oczywiście tzw. hejt, ale ważny jest jego klimat.  Czytam, że nienawidzę Polaków, bo jestem mieszanką różnych narodów. Nagle ze „swojej", dla tych zarażonych propagandą, stałam się obcą.

Spotyka się pani z antysemityzmem?

- Zdarza się. „Jedź do swoich braci w wierze", piszą do mnie „prawdziwi Polacy". A ja nie zajmuję się judaizmem, nie przyłączyłam się do Gminy Żydowskiej, nie ma we mnie nic oprócz ciekawości moich przodków. Odkryłam ich w środku mojego życia i niczego to nie zmieniło w mojej tożsamości. Urodziłam się w Polsce, jestem związana jej historią i kulturą.

Jestem ciągłością polskich rycerzy spod Grunwaldu, Żydów, Ukraińców, Niemców, Tatarów i kto wie, może jakiś Szwed się znajdzie.

Natomiast nie będę się z tym wszystkim kryć ze strachu przed nagonką patoprawicy.

I po co pani to wszystko? Mogłaby pani chodzić na spacery…

- Chodzę.

Grać w teatrze, czytać książki. Po co pani to zaangażowanie i hejt?

- Pyta pan właściwie o filozofię mojego życia. Ja sobie nie zadaję pytania „po co mi to". Nie kalkuluję, czy to mi się przyda. To raczej ja chcę się przydać.

Wielu pani przeciwników twierdzi, że chce sobie pani coś załatwić: etat w teatrze, rolę w Telewizji Polskiej…

- Jeśli chodzi o pomówienia „przeciwników", to, co pan przytacza, jest łagodną wersją, choć pozbawioną logiki.

Po pierwsze to ja zrezygnowałam z etatów teatralnych, więc po co miałabym się ubiegać o zatrudnienie? Nie ubiegam się też o żadne role, bo prowadzę swoje autorskie życie, mój niezależny repertuar składa się z moich sztuk, gdzie piszę też dla siebie. Telewizja nagrała trzy moje sztuki w różnych okresach i zupełnie niezależnie od stopnia mojego zaangażowania.

Mogę powiedzieć, że to zaangażowanie wcale nie służy zaangażowaniu artystycznemu. Raczej je przytłacza.

No właśnie. Co pani z tego ma?

- Poczucie sensu. Niedawno miałam spotkanie na Uniwersytecie Warszawskim, na które przyszło wielu profesorów. Rozmowa dotyczyła tego, czy artysta powinien się angażować, czy raczej kierować wrażliwość na sztukę.

No więc twierdzę, że wrażliwość, którą się pielęgnuje dla niej samej, w ogóle nie jest wrażliwością. Wrażliwość nie jest łodyżką na wietrze, tylko poczuciem niesprawiedliwości. Miarą wrażliwości jest zachowanie człowieka wobec niej: może zatkać uszy, bo „nie wytrzyma" albo wyostrzyć słuch i reagować.

Bardzo to podziwiam. Ale nurtuje mnie coś innego: PiS przestało rządzić, Piotr Gliński od blisko 3 lat nie jest ministrem kultury, dyrektorzy przestali się obawiać, że zatrudniając panią, narobią sobie kłopotów. A pani nadal nie ma miejsca w teatrze. Dlaczego?

- Nie mam etatu, bo taka była moja decyzja. Dojrzałam do tego, żeby robić teatr po swojemu i stworzyć miejsce, dla moich spektakli.

Nie ma tego miejsca. Rafała Trzaskowski nie dał pani teatru.

- A dlaczego Rafał Trzaskowski miałby mi coś dać?

Bo jest pani ciekawą artystką, która ma coś do powiedzenia widzom.

- Prezydent Warszawy nie rozdaje prywatnych teatrów.

Ale mógłby wynająć pani lokal, w którym założyłaby pani teatr.

- Ale nie skupiajmy się tutaj na prezydencie miasta. Natomiast miasto ma lokale, które wynajmuje na preferencyjnych warunkach. Jakoś od lat nie mieszczę się w tej puli.

Kiedy odeszłam z teatru, znalazłam małą piwniczkę na ulicy Żurawiej w Warszawie. Nie miałam pieniędzy na reklamę, więc przyjęłam taką zasadę: na widowni mógł siedzieć tylko jeden widz, chodziło o to, żeby następnym razem przyprowadził znajomego. I to zadziałało. Potem już przyjeżdżali do mnie widzowie z zagranicy.

Wszystko tam robiłam sama: drukowałam bilety, czasem siedziałam na kasie, przywiozłam z domu swoje obrazy. Teatr to nie jest tylko spektakl, ale też miejsce. Niestety pandemia wszystko zrujnowała, miejsce straciłam.

Zaczęłam potem chodzić po różnych instytucjach, spotykałam się z wiceprezydent od kultury w Warszawie i pytałam, czy mogłabym wynająć mały lub większy lokal za stawkę, jaką dostają ludzie kultury.  Za każdym razem słyszałam: pani Joanno, nie mamy niczego takiego, nie dysponujemy takimi lokalami.

Nawiązałam kontakt z władzami Śródmieścia. Znaleźli nieczynny maleńki teatr, z którego musiała wynieść się poprzednia ekipa. Nie było tam nadzwyczajnych warunków, ale kiedy usiadłam na małej scenie, to powiedziałam: dobra, mogę tu robić swoje spektakle. Najwyżej będą się działy w windzie.

Po jakimś czasie telefon. „Pani Joanno, czy ma pani fundację? Bo inaczej nie wynajmiemy pani tej piwnicy". Nie miałam. Założyłam fundację. Kolejny telefon: „Pani Joanno, musimy udostępnić piwnicę Ukraińcom". Zrozumiałam. No pewnie.

Kilka miesięcy później grałam spektakl w Faktycznym Domu Kultury w Warszawie Po przedstawieniu podeszli do mnie młodzi ludzie i powiedzieli, że mogę u nich grać. „A gdzie macie to swoje miejsce?", zapytałam.

W tej piwnicy?

- Tak. Okazało się, że poza moimi plecami sprawa się rozegrała inaczej. Gram teraz w całej Polsce w różnych warunkach.

Raz trafia się sala z kryształowymi żyrandolami, innym razem – zapyziała scenka w domu kultury z garderobą bez lustra. Takie przygody. Nie narzekam.

Nigdy?

- W przypadkach ekstremalnych czuję, powiedzmy, przypływ goryczy. Gramy w Domu Kultury. Zaczynamy mój spektakl, który się dzieje na łóżku szpitalnym, w szpitalnej ciszy.  I nagle w sąsiednim pomieszczeniu zaczęła grać głośna muzyka, tak zwane dawanie po uszach. To się raz zdarzyło, ale jednak. Z drugiej strony na przykład dostałam Grand Prix na festiwalu w Łodzi. Duża amplituda doznań.

I dlaczego Warszawa pani nie chce?

- Nie mam takiego wrażenia, że to Warszawa. Raczej jacyś konkretni ludzie. Może uważają, że nie warto. O tyle szkoda, że leży sporo tekstów, które domagają się życia. Trudno. Podjęłam decyzje o autorskim teatrze i borykam się z trudnościami.