Wojciech Sadurski GW 21.09.2026, 06:00
Prof. Matczak pisze, że "rząd zaczyna realizować scenariusz wenezuelski". Wenezuelski, serio? Jeśli już szukamy analogii, spójrzmy na bliższy nam Budapeszt zamiast na odległe Caracas.
"Jaki pomysł na Trybunał Konstytucyjny ma premier Tusk?" – to pytanie dominuje w publicznych debatach nad tym dysfunkcjonalnym, zepsutym przez PiS organem. Z góry zapowiadam, że na tak zadane pytanie nie mam odpowiedzi. Natomiast wiem, jakie pomysły nie są dobre.
Pomysł "siłowy": wprowadzenie sędziów prawidłowo wybranych pod osłoną policji, wyprowadzenie "prezesa" Święczkowskiego przyłapanego na gorącym uczynku w popełnianiu przestępstwa urzędniczego. Nawet jeśli okaże się on jedyną metodą przywrócenia funkcjonowania Trybunału, nie jest scenariuszem, jaki prawnika powinien radować.
Ale na pewno nie jest dobrą odpowiedzią recepta profesora Marcina Matczaka, sprowadzająca się do cierpliwego czekania. "Kalendarz i cierpliwość" – sugerował autor tej propozycji, a więc kontynuacja tego, co jest dziś. Można oczywiście wypatrywać nowych wakatów: następny będzie w styczniu, ale potem długo, długo nic, aż do połowy 2028.
To pozostawia Bogdana Święczkowskiego na fotelu "Prezesa", prawidłowo wybranych sędziów – na korytarzu, a Karola Nawrockiego – utrwalonego na pozycji uzurpatora, nadającego sobie kompetencje super-elektora sędziów Trybunału Konstytucyjnego.
Trybunał to nie budynek
Ale jest na stole inny pomysł: rekonstrukcja Trybunału już teraz, w oparciu o prawidłowo powołanych w tej kadencji sędziów. Jest ich już ósemka, niedługo (w styczniu) będzie dziewiątka, a zapewne co najmniej dwóch czy trzech sędziów starszych stażem do nich dołączy – bo jaki prawnik, zwłaszcza przychodzący do TK z uczelni, chce firmować coraz bardziej groteskowe wybryki Święczkowskiego?
Pomysł ten, wysunięty przeze mnie niedawno, został skarykaturyzowany, po czym wyśmiany w Kanale Zero, przez prof. Marcina Matczaka i adw. Bogusława Leśnodorskiego – i być może to genius loci podyktował rozmówcom złośliwe określenie "Trybunał na uchodźstwie" – zupełnie, jakby jakiekolwiek inne miejsce niż pałacyk na Al. Szucha znajdowało się automatycznie za granicą. Argumentację tę prof. Matczak wyłożył na łamach "Wyborczej".
Propozycja, by na początek nowo odtworzony Trybunał spotykał się gdzieś, gdzie siła fizyczna pana Święczkowskiego nie sięga, zdobywa jednak kolejnych zwolenników. Ostatnio taką myśl wyraził Europoseł (i świetny prawnik) Krzysztof Śmiszek w Tok FM, przytomnie zauważając, że Trybunał to sędziowie, a nie budynek.
W sumie w tej propozycji chodzi o to, by ominąć i zignorować Święczkowskiego i jego malejącą koterię. Taki zrekonstruowany Trybunał nie będzie ani na uchodźstwie, ani jakimś alternatywnym Trybunałem, ale jedynym prawdziwym, obradującym pod przewodnictwem osoby najstarszej stażem w organach sądownictwa, z orzeczeniami publikowanymi przez rząd, z dokumentami dosyłanymi (pod groźbą niedopełnienia obowiązków urzędniczych) z administracji TK i z pensjami sędziowskimi, wypłacanymi z budżetu państwa.
To ostatnie zresztą – przewiduję – zadziała jak cudowne lekarstwo na niezdecydowanych z Al. Szucha.
Caracas i Budapeszt
"Obecny rząd, zamiast podejmować mądre i ostre działania (...) podejmuje głupie" – pisał prof. Matczak w "Wyborczej". To ostre słowa, zwłaszcza jak na osobę budującą swój publiczny wizerunek na hasłach rozsądku, umiaru i dialogu. Ale to oczywiście dozwolona poetyka, jeśli naprawdę uważa się, że – jak już w tytule zauważa prof. Matczak – "rząd zaczyna realizować scenariusz wenezuelski". Wenezuelski, serio?
Jeśli już szukamy analogii, spójrzmy na bliższy nam Budapeszt zamiast na odległe Caracas. Na dzień dobry, zaraz po wyborach, premier Péter Magyar "zwolnił" czterech sędziów Sądu Konstytucyjnego (w tym Prezesa), przywracając wiek emerytalny 70 lat (z bliską perspektywą kolejnych wakatów), przywrócił utracone przez sąd kompetencje odebrane mu przez władzę Orbana i przywracając wybór prezesa przez samych sędziów (a nie przez parlament, jak za Orbana).
Zresztą niektórzy sędziowie od razu pokazali, że dobrze wiedzą, gdzie stoją konfitury: siedmiu z nich (na 15) zdyskwalifikowało się od rozpoznawania poprawki konstytucyjnej, na mocy której prezydent Támas Sulyok został pozbawiony stanowiska głowy państwa. W ten sposób ci "orbanowscy" sędziowie uniemożliwili kworum dla niezbędnej ochrony enklawy dawnego systemu.
Wiem, wiem: rząd Tuska to nie rząd Magyara.
Nie ma większości konstytucyjnej, nie ma naprzeciw siebie słabego, wybieranego przez parlament prezydenta, stoi na czele rozedrganej koalicji, a nie jednolitej partii rządzącej. Recepty budapesztańskie nie stosują się więc jeden do jednego w Warszawie.
Ale warto naśladować ich kierunek i tempo. Tam nikt nie radził: "cierpliwość i kalendarz".
Nasz precedens
Mamy zresztą pod ręką doskonały precedens. To Krajowa Rada Sądownictwa, której uzdrowienie w tym roku oparte było o dwie – niewypowiedziane publicznie – zasady, przyświecające reformatorom, przywracającym demokrację na ruinach pozostawionych przez dawny system. Po pierwsze: pokonać adwersarzy ich własną bronią; po drugie: wziąć sprawy w swoje ręce.
Pierwsza strategia polegała na użyciu PiS-owskiej ustawy o KRS, skoro prezydent i opozycja prawicowa nie chcieli zgodzić się na nową. Chcecie, by to większość parlamentarna wybierała sędziowskich członków KRS? Proszę bardzo.
Druga strategia polegała na tym, że środowisko sędziowskie wzięło sprawy w swoje ręce. Nie chcecie, byśmy formalnie głosowali na naszych przedstawicieli? Przeprowadzimy więc nieformalne "prawybory", czyli rodzaj plebiscytu, którego rezultaty będą na mocy gentleman’s agreement respektowane przez większość parlamentarną.
Te dwie strategie przyświecają mojemu pomysłowi na rekonstytuowanie Trybunału. Nie chcieliście nowej ustawy o Trybunale? No to wykorzystamy starą, przyjętą przez was, w tym o wyborach sędziów przez zwykłą większość sejmową. I my, ósemka prawidłowo wybranych sędziów, weźmiemy sprawy w swoje ręce. Nie wpuszcza nas wasz zaufany "prezes" do sali konferencyjnej? Zbierzemy się gdzie indziej. Trybunał, jak pisałem wcześniej, to nie budynek.
Nie wykluczam, że jeśli ten projekt nie przejdzie – a nic nie wiem, by był przez kręgi władzy rozważany – pozostanie już tylko rozwiązanie siłowe. Będę nad tym ubolewał, ale państwo nie może sobie pozwolić na anarchię, warcholstwo i jawne łamanie prawa przez beneficjentów dawnego systemu. Jest to ostateczność, ale może okaże się nieuchronna. Pan Święczkowski stał się sztandarem tych sił, które pragną rozbujać łódkę i na fali społecznego niepokoju wrócić do władzy, fortun i bezkarności.
Jeśli więc nie będzie innej rady, trzeba będzie ten "sztandar wyprowadzić".
Redagował Sebastian Słowiński
