https://wyborcza.pl/7,162657,32858291,nie-sadzilem-ze-dozyje-czasow-gdy-w-mojej-ojczyznie-uslysze.html#s=S.opinion-K.P-B.1-L.4.zw

Autor, rocznik 1936, jest aktorem, reżyserem, scenarzystą, pisarzem i dramaturgiem

Niech Karol Nawrocki się nie ośmiesza odebraniem Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu. Na większości Ukraińców nie zrobi to szczególnego wrażenia. 

Gdy rozum śpi...

Nie sądziłem, że dożyję czasów, gdy w mojej ojczyźnie usłyszę słowa – i to wypowiedziane przez osobę powszechnie znaną, czołową dziennikarkę i prezenterkę jednej z najpopularniejszych stacji telewizyjnych – brzmiące tak, jakby były wypowiedziane 90 lat temu w nazistowskich Niemczech, już po ogłoszeniu tam ustaw norymberskich. I co gorsza, że słowa te nie wywołują powszechnego sprzeciwu. Nie mówiąc o braku przeprosin ze strony stacji telewizyjnej, w której pracuje dziennikarka. „Zastanawiam się, jak to możliwe, że człowiek o pochodzeniu ukraińskim jest wiceministrem w polskim rządzie." Oto słowa wypowiedziane przez panią Dorotę Gawryluk. Niewiarygodne, nieprawdaż? Jakbyśmy żyli w państwie, gdzie o prawach obywatelskich decyduje etniczna przynależność do jednego (panującego?) narodu.

Swoją drogą, paradoksalnie, wypowiedź pani Gawryluk dotyczyła obecnego wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego Andrzeja Romana Szeptyckiego, którego praprababka była wnuczką Aleksandra Fredry, a kuzyni, dziadkowie ministra, to między innymi Stanisław Szeptycki, polski generał dowodzący armią w wojnie polsko-bolszewickiej, w 1920 roku, i wkraczający na czele polskich wojsk na odzyskany Śląsk w 1922 roku, a także uważany za „ojca narodu ukraińskiego" arcybiskup Andrzej Szeptycki oraz „Sprawiedliwy wśród narodów świata", błogosławiony Ojciec Klemens (Kazimierz Szeptycki), zakonnik ukraiński, który uratował w klasztorze rzeszę żydowskich dzieci, wśród nich Adama Rotfelda, naszego, w swoim czasie, ministra spraw zagranicznych.

Wiadomo skądinąd, że wszyscy rodzeni bracia Szeptyccy, i Ukraińcy, i Polacy (dwóch z nich zginęło z rąk niemieckich i sowieckich) spotykali się co roku, przy stole wigilijnym. Historia rodziny Szeptyckich to dowód na oczywistą oczywistość, że sprawa przynależności państwowej, ale też przynależności do narodu, to kwestia wyboru, nie zaś, jak chcą zaciekli rasiści, (czyżby pani Gawryluk chciała być z nimi?), przynależność etniczna, plemienna.

A swoją drogą, konia z rzędem temu, kto mi wskaże bezwzględnie czystego etnicznie Polaka. Mało to możliwe w tej części Europy, gdzie w Pierwszej, a potem także w Drugiej Rzeczypospolitej żyli obok siebie Polacy, Rusini, Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Żydzi, Tatarzy, Ormianie, Niemcy, Francuzi. A wcześniej, w siedemnastym wieku, także przybysze z Niderlandów, czy ze Szkocji. I wszyscy jesteśmy dzisiaj wymieszani.

Dobrze jest wiedzieć coś o świecie. Zwłaszcza gdy zajmuje się eksponowane stanowisko w popularnej i wpływowej telewizji. Otóż dobrze, aby pani Gawryluk wiedziała, że w państwie o najdłuższej na świecie tradycji parlamentarnej, w którym nieomal osiemset lat temu powstała Magna Carta Libertatum, najsławniejszym przed Winstonem Churchillem i najbardziej zasłużonym dla Imperium Brytyjskiego premierem – ba, on był współtwórcą tego imperium – był Żyd, i to świeżej daty Brytyjczyk, Benjamin D’Israeli (jego dziad, przybysz z Italii, nie mówił jeszcze biegle po angielsku). I to nie był „Anglik żydowskiego pochodzenia", D’Israeli publicznie podkreślał swoje żydostwo.

Cóż, niestety to mogło się zdarzyć już sto kilkadziesiąt lat temu w rozsądnej Anglii, gdzie już wówczas i do dziś tytuły szlacheckie, ba, wstęp także do izby Lordów, otrzymują ludzie naprawdę zasłużeni. I narodowość nie ma tam nic do rzeczy. Ważne, by być odpowiedzialnym obywatelem Zjednoczonego Królestwa. Dlatego ten kraj mógł sobie być przez jakiś czas Imperium. A nasi, pożal się Boże, narodowcy jedynie nadymają się pychą i bredzą coś o Wielkiej Polsce. I protestują, gdy ich zdaniem „nie-Polak" zasiada w rządzie. Co by to było, gdyby został premierem.

Stary jestem i wiem, niestety, że nie dożyję już upragnionej ojczyzny jako normalnego, w pełni demokratycznego, wolnego państwa wolnych obywateli. Wolnych, to nie znaczy nieodpowiedzialnych. W marzeniach widzę moje państwo, w którym ludzie o różnych poglądach przekonują się wzajemnie. I potrafią rozważyć i przyjąć argumenty innych. I dać się przekonać. I godzić się na kompromis. Dla dobra wspólnego. Dla Niej, dla Najjaśniejszej.

Ba, marzy mi się też Pierwszy Obywatel, wybrany przez naród, prezydent, którego nie rozpiera pycha i żądza rządzenia, ale jest prawdziwym Przewodnikiem, jest Przywódcą reprezentującym i – co najważniejsze – jednoczącym naród, nie zaś zacietrzewionym przeciwnikiem rządzących, ignorującym  co najmniej połowę narodu.     

A skoro już pojawiły się tu, i Ukraina, i osoba prezydenta, to chciałbym zaapelować do tego ostatniego, by nie ośmieszał siebie i nas wszystkich odebraniem Orderu Orła Białego, prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu. Na Ukraińcach, a w każdym razie na większości z nich, nie zrobi to szczególnego wrażenia. A jeśli już, to przeciwne wobec intencji polskiego prezydenta. Nie zrozumieją, o co tu chodzi i jeszcze bardziej utwierdzą się w swoim sposobie myślenia. Bowiem wystawieni na ciężką próbę i nie poddający się, mimo potęgi przeciwnika – ba, zadający mu ciężkie ciosy – po kilku już latach wojny, potrzebują, jak powietrza, wzorców, mitu, herosów. Nawet gdyby ów mit był skłamany, a herosi popełniali zbrodnie.

Ukraińcy mają długą historię jako naród, ale bez własnego państwa. A naród budujący powstałe nareszcie państwo zwykle albo raczej zawsze, bo nigdy bodaj nie odbyło się to inaczej, odwołuje się do nacjonalizmu. Jeśli ma bardzo mądrych przywódców, „nauczycieli narodu" – i to nie jednego lidera, ale całą, dobrze do tego przygotowaną elitę – to może, w miarę bezpiecznie, przejść ową dziecięcą chorobę „stawania się państwem". A państwo ukraińskie nie tworzy się w pokoju.

Naród ukraiński, z niewiarygodnym wręcz heroizmem, dzień w dzień, od ponad czterech lat, walczy o swe istnienie. Gdyby przegrał tę wojnę, mógłby przestać istnieć. Po części wymordowany, po części wynarodowiony. Otóż w szczególnych, tak trudnych, wojennych warunkach, sprawiedliwy, głęboko przemyślany, wyważony osąd własnej historii, wydaje się niemożliwy. Ukraińcy, nim dojrzeją do tego – u nas też nacjonaliści chcieliby nauczać skłamanej, „heroicznej" historii, na szczęście mamy wystarczająco dużo światłych historyków i nie zupełnie otumanioną opinię publiczną, by im  to uniemożliwić – otóż nim do tego dojrzeją, szukają i za wszelką cenę będą szukać swego mitu założycielskiego.

W historii mają wzorce: hardą kozaczyznę, przeciwstawiającą się tureckiemu sułtanowi, Moskwie i częściowe choćby zwycięstwa w walkach z Polakami. Także tuż po pierwszej wojnie światowej. Strzelcy siczowi walczący z naszymi obrońcami Lwowa. Mają też oczywiście armię atamana Petlury, którego wspierał Piłsudski. Gorzej z okresem Drugiej Wojny Światowej. My mamy piękną (choć też można się doszukać niemało skaz) kartę Armii Krajowej, ale też borykamy się ze spuścizną niepodporządkowanych władzom Rzeczypospolitej formacji radykalnych, komunistycznej Gwardii (potem Armii) Ludowej i faszyzujących niestety, kolaborujących z okupantem (pod niemiecką opieką uszła z Polski Brygada Świętokrzyska) Narodowych Sił Zbrojnych. Ukraińcy mają jedynie Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) bądź partyzantkę sowiecką. I do tej ostatniej akurat tradycji nie chcą się oczywiście odwoływać. A UPA, niestety, u początków swego istnienia głównie jest znana z akcji etnicznego czyszczenia Wołynia i Galicji Wschodniej, czyli wyrzynania Polaków, co wielu z nas chce nazwać ludobójstwem, potem zaś z desperackiej heroicznej walki z Sowietami. Rzecz w tym, że tu chodzi wciąż o tę samą, partyzancką armię (nota bene UPA, już po wejściu Armii Czerwonej na tereny Polski, podejmowała akcje przeciw komunistycznej władzy wspólnie z oddziałami naszych „Wyklętych", czyli z byłymi Akowcami).

Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że gdy naród ukraiński dojrzeje, a jego państwo okrzepnie, wystarczy tam wówczas ludzi mądrych i światłych, którzy potrafią swych rodaków przekonać, że jedynie prawda o własnej – bywa wszak, że trudnej – historii oczyszcza. I tylko na niej można budować prawdziwy patriotyzm, ten bez fałszywego mniemania, że jest się lepszym. Ukraińcy są dziś niezwykle, imponująco dzielni w walce. Wierzę, że też okażą się odważni w przyjęciu do swej świadomości ciężkich win przodków. 

Być może będziemy mogli im, w tym procesie przyznania się do prawdy i samooczyszczenia, jakoś pomóc. Ale na pewno nie możemy im czegokolwiek nakazywać.