Krzysztof i moje dojrzewanie...

Odnalezione w archiwach fotki Krzysztofa D. skłoniły mnie do zadumy, refleksji nad minionymi latami i wspomnień miłych chwil z młodości u boku przyjaciela ze szkolnej ławy. Naukę zacząłem wcześniej

I klasa

(stąd nie miałem skrupułów przed porzuceniem Ogólniaka...). Do Sulejówka przybyliśmy w ramach tułaczki powojennej w roku 1947.

Od września zacząłem chodzić do V klasy szkoły podstawowej. Nowe środowisko, nowi koledzy ale właśnie za sprawą Krzyśka, nieco starszego bo chodził wówczas do klasy VI a mieszkał po sąsiedzku, jakoś proces adaptacji przebiegł nie tylko pomyślnie ale i w wieloletniej przyjaźni. Razem mieliśmy pomysły na zabawy w pobliskim zagajniku i wydmach piaskowych, skłonił mnie nie tylko do nart

narty

na pobliskich górkach Starej Miłosny ale i jazdy na rowerze, zapisaliśmy się do klubu w Rembertowie skąd dostałem pierwszy rower wyścigowy. Po latach odwiedziłem Krzyśka w jego domku letniskowym nad uroczym Kostrzynem , tu kilka fotek z tego spotkania (w podliżu, we wsi Jagodno, mieszkała moja najstarsza siostra Krystyna R.).

W owych czasach nasza szkoła była szkołą ogólnokształcącą co na dziś się tłumaczy tak chyba, że miała dwa stopnie, podstawowy (klasy I do VII) i licealny (klasy (VIII do XI), nie było to odrębne liceum w sensie formalnym. Nauka szła mi tak sobie, najbardziej podpadałem w klasie VIII u historyczki przewodzącej marksistowskiemu wyznaniu a podpadałem jej często, bo powtarzałem głośno durne dowcipy słyszane u Ojca, w rodzaju: gdy pociąg jedzie do ZSRR to pracuje ciężko, „sało, macho” (chyba chodziło o masło) zaś z powrotem, lekko, „spiczki, zapałki” w szybkim rytmie; albo o wywożeniu węgla do Rosji itp. spostrzeżenia. Ojciec był dość często wzywany do szkoły, w każdym razie byłem przekonany, że świadectwa ukończenia klasy ósmej nie dostanę. Pod koniec roku szkolnego wizytowali uczniowie z Technikum Budowy Traktorów w Ursusie namawiając do przenosin, wabiąc tytułem „technika” (dziś ukończenie szkoły wyższej jest tak powszechne jak kiedyś tzw. małej matury niemalże), zdobyciem zawodu i dobrej pracy. Krzysiek i ja zdecydowaliśmy (a świadectwo ukończenia klasy ósmej jednak dostałem...) się stracić czas przebyty w ogólniaku i podjęliśmy naukę w Ursusie. Wiązało się to m.in. w okresie letnim z jazdą rowerem z Sulejówka do Ursusa na zajęcia.

Wejście w formalnie dorosłe życie biegło osobno, byłem w Łomży na przysiędze wojskowej Krzysztofa, wybrałem się z jego ojcem, Tadeuszem, zresztą także jeździł z nami na rowerach. Ja z kolei pracowałem w Zakładach Radiowych (to tak na zmylenie przeciwnika, produkowane tam były wyłącznie wojskowe radary) a z okien oglądałem teren lotniska na Gocławku (Gocławiu?) i tam zacząłem naukę pilotażu,

zlin

zaś na tym Zlinie 26 lataliśmy na trasy, samo szkolenie pilotażowe odbywałem na Junaku 2 a skakałem raz ze spadochronem z "kukurużnika" czyli Po-2/CSS-13 - bo te trzy elementy obejmowało szkolenie (pod okiem p. instruktorki Elżbiety P.), co było warunkiem dostania się do OSL w Dęblińskiej „Szkole Orląt”. To rzecz na osobne spostrzeżenia, o tym co między innymi przyniósł „październik 56”, ja miałem niebywałe szczęście dostać się do podchorążówki rezerwy

zlin zlin zlin zlin

co przed wojną było stała praktyką, szkoła wojskowa, praca cywilna i co pewien czas przeszkolenia wojskowe. Zostałem kapralem podchorążym pilotem rezerwy by po kilku latach zdobyć dwie gwiazdki, stać się podporucznikiem pilotem rezerwy.

zlin zlin

W tzw. międzyczasie pracowałem w WZR T1 i studiowałem w WSI. Bo drugi z bliskich przyjaciół, wspomniany w innym miejscu Andrzej R. namówił mnie byśmy składali papiery do SGPiS ale skoro tylko mnie przyjęli to w ogóle zrezygnowałem z nauki, szczególnie, że jakoś ekonomiczne wykształcenie w owych latach nie miało szczególnego poważania, nie to co politechniczne. Zresztą to składanie papierów do szkoły wyższej wiązało się ze zwolnieniem z obowiązku przyjęcia nakazu pracy. Poszliśmy zatem swoimi drogami acz z Andrzejem za kilka miesięcy spotkaliśmy się w WZR T1.