Sztuczna mgła, hel i trotyl mieszają w głowach.
Myśmy przez ponad dwa lata podtykali mikrofon każdemu idiocie, który się chciał na ten temat [Tu-154] wypróżniać" - mówił 2 listopada w audycji TOK FM "PIWO" Jarosław Gugała, dziennikarz Polsatu. Z przykrością muszę stwierdzić, że te bolesne dla dziennikarzy słowa odnoszą się nie tylko do zwykłych idiotów, ale również, o zgrozo, do osób z tytułami w dziedzinie nauk ścisłych.
Hipoteza zamachu została rozpropagowana przez niektórych dziennikarzy nie tylko, jak mówił Gugała, "z upadlającej chęci zysku", ale przede wszystkim po to, by bez skrupułów wykorzystać ją do brutalnej wojny politycznej z rządem.
Wymagało to jednak sprecyzowania rodzaju zamachu, a następnie "uwiarygodnienia" naukowego. Długo nie musieliśmy czekać. Po sztucznej mgle nad Smoleńskiem pojawiła się kolejna rewelacja - hel wydzielony z rosyjskiego samolotu lecącego w pobliżu polskiego Tu-154. Ta bzdura oczywista dla studenta po kursowym wykładzie fizyki propagowana była przez posła PiS-u, doktora nauk technicznych renomowanej krakowskiej uczelni.
Ów poseł powinien wiedzieć, że nawet gdyby udało się zgromadzić w samolocie odpowiednią ilość ciekłego helu w termicznie izolowanych zbiornikach, to ponieważ jest to gaz znacznie lżejszy od powietrza, rozpłynąłby się on w czasie kilkunastu sekund w warstwach powietrza turbulencyjnie mieszanego za poruszającym się samolotem.
Autor tej rewelacji przyznał, że konsultował swoją hipotezę z poważnym autorytetem z tej dziedziny, nie podając jednak nazwiska naukowca. Poseł - podobnie jak prezes PiS-u czy redaktor ogólnopolskiej gazety - może, choć ze względu na wagę zarzutów nie powinien, kryć swoich naukowych doradców czy informatorów. Autorytety powinny mieć odwagę, aby takie brzemienne w skutkach rewelacje ogłaszać osobiście.
Redaktor Cezary Gmyz, pisząc ("Trotyl na wraku tupolewa", "Rzeczpospolita", 30 października) o wysokoenergetycznych, zjonizowanych cząstkach znalezionych we wraku Tu-154 i bezpodstawnie przypisując je powszechnie znanym dwóm związkom wybuchowym, wykazał katastrofalnie niski poziom wiedzy w dziedzinie nauk przyrodniczych i ścisłych. Ale nie można tego sprowadzać jedynie do ignoranctwa naukowego dziennikarza i wykorzystującej ten fakt prasowy opozycji. To był moim zdaniem kolejny przeciek z prokuratury do gazet opozycyjnych. Niewątpliwie terminologia cząstek wysokoenergetycznych została sformułowana mimo oficjalnych zaprzeczeń przez któregoś z ekspertów badających szczątki wraku i podtrzymana przez prokuratora Andrzeja Seremeta.
Cóż to takiego te groźnie brzmiące cząstki wysokoenergetyczne? Ogólnie i prosto rzecz ujmując, są to cząstki związków chemicznych o dużej energii, która może się wydzielić podczas ich spalania lub rozkładu. Materiały wybuchowe są tylko małą, specyficzną grupą tych związków charakteryzującą się ogromną (po zainicjowaniu) szybkością reakcji z równoczesnym uwolnieniem dużej ilości produktów gazowych. Substancjami wysokoenergetycznymi są paliwa, smary, rozpuszczalniki, np. toluen czy jego pochodna - trójnitrotoluen, ale tylko ten ostatni zwany trotylem jest środkiem wybuchowym.
Warto wiedzieć, że nawet najnowsze generacje przenośnych detektorów substancji wybuchowych używane obecnie przez armię amerykańską w Afganistanie nie pozwalają na jednoznaczne określenie wykrytego związku chemicznego. Ekspert - źródło przecieku - nie miał prawa a priori przypisać ich nitroglicerynie czy trotylowi ani przekazać swoich sugestii żądnej sensacji prasie.
Eksperci prokuratury wiedzieli, że do zakończenia śledztwa strona rosyjska nie pozwoli na zabranie do Polski żadnej, najmniejszej nawet części wraku. W tej sytuacji należało pobrać wymazy z wytypowanych części wraku i każdą próbkę wymazu podzielić na trzy zakodowane części. Jedną serię próbek należało zostawić w Rosji, a dwie przywieźć do kraju.
Sądzę, że na taką powszechnie stosowaną procedurę strona rosyjska by się zgodziła. Przywiezione wymazy drugiej serii należało poddać dokładnej analizie w renomowanym ośrodku w kraju, a trzecią serię zachować do ewentualnego arbitrażu w atestowanym laboratorium zagranicznym, w przypadku gdyby strona rosyjska zakwestionowała wyniki polskich analiz.
Tylko po takim postępowaniu, łącznie z badaniem próbek porównawczych wymazów z różnych części drugiego samolotu Tu-154, można byłoby stwierdzić ewentualne skażenia próbek wraku materiałami wybuchowymi. To jest powszechnie stosowana i rygorystycznie przestrzegana procedura w analizie chemicznej i kryminalistycznej. Ze względu na wagę i konsekwencje tych oskarżeń uważam, że przy istniejącej bazie naukowej w ośrodkach akademickich w Polsce potwierdzenie ewentualnych śladów nitrogliceryny czy trotylu byłoby rozstrzygnięte w ciągu kilku-kilkunastu dni od dostarczenia próbek do laboratorium (przy minimalnych nakładach). Zabezpieczenie i pozostawienie przez ekspertów prokuratury wybranych próbek wraku w Rosji nikogo ze zwolenników zamachu nie przekona o wiarygodności późniejszych analiz ("tam wszystko fałszują").
Mam kilkunastoletnie doświadczenie w pracy w jednym z najlepszych na świecie laboratoriów środowiskowej analizy śladowej w Kanadzie oraz w wykrywaniu śladów tzw. zubożonego uranu w Kuwejcie po wojnie w Zatoce Perskiej. Użyto tam pocisków z rdzeniami uranowymi. Mimo poważnego politycznego znaczenia tego ostatniego problemu, pracując jako doradca w ministerstwie zdrowia Kuwejtu, niezależnie od wewnętrznego raportu w tym samym czasie wysłałem wyniki swoich pomiarów do renomowanych czasopism międzynarodowych.
Tam przed ich opublikowaniem cała procedura pomiarowa, interpretacja wyników i końcowe konkluzje były wnikliwie oceniane przez trzech niezależnych recenzentów. To powinna być jedyna właściwa droga weryfikacji wyników analiz przed podaniem ich do publicznej wiadomości.
Dlatego z uczuciem ogromnego zażenowania przyjąłem wiadomość podaną w prasie codziennej, że grupa warszawskich analityków akademickich w próbkach szkła z rozbitego samolotu wykryła "podejrzane" pierwiastki, w tym cyrkon i glin.
Czołowe czasopisma naukowe nie przyjmują prac zawierających tylko wyniki analiz - wymagają badań porównawczych. Nie rozumiem więc, jak można, nie czekając na rzetelne porównanie rozkładów wybranych pierwiastków w szkłach innych samolotów, wyrywkowymi sensacjami na wyraźne polityczne zapotrzebowanie niszczyć dobre imię warszawskiej szkoły analitycznej.
Z podobnych powodów uważam postępowanie prof. Wiesława Biniendy [eksperta komisji Macierewicza] za, delikatnie mówiąc, niewłaściwe dla poważnego naukowca. Zamiast merytorycznej dyskusji i odniesienia się do istotnych uchybień w jego modelu katastrofy zgłaszanych przez innych naukowców wybrał on odczyty na quasi-naukowych spotkaniach prawicowych fanatyków zamachu. Mimo że upłynęło kilkanaście miesięcy, prof. Binienda nie opublikował swego modelu w renomowanych czasopismach naukowych, aby poddać go weryfikacji.
Potworne hipotezy zestrzelenia polskiego samolotu przez Rosjan lub bratobójczego zamachu, które zrodziły się w umysłach liderów prawicy jako ostatnia możliwość politycznej trampoliny do władzy, wymagają zdecydowanej i szybkiej reakcji. To Polska i nasza nauka są ośmieszane na całym świecie poprzez żądania międzynarodowej komisji śledczej w tej sprawie.
Nie dziwię się, że wobec braku zdecydowanej reakcji naukowców i kunktatorstwa prokuratury opiniotwórcza dziennikarka Monika Olejnik, mając dosyć tej prawicowej histerii, także postuluje międzynarodowe rozstrzygnięcie przyczyn tej katastrofy. Jednak jako polski naukowiec protestuję przeciwko wypowiedzi prezesa PAN prof. Michała Kleibera, który przychyla się do podobnego rozwiązania uwłaczającego naszej godności narodowej. Prof. Kleiber był dyrektorem Instytutu Podstawowych Problemów Techniki PAN, a obecnie jest członkiem Rady Naukowej Instytutu, i to właśnie tam w odpowiedzi na kontrowersyjne modele katastrofy powinno dojść do naukowego uzgodnienia parametrów wejściowych i szczegółów modelu, czego - o ile mi wiadomo - dotychczas nie zrobiono.
Sprawa jest o wiele poważniejsza i stawia w złym świetle niektórych naukowców i ekspertów prokuratury. Redaktor Gmyz podobnie jak żyjący w innym świecie prezes PiS-u mogli dać się zwieść tej perfidnej, ale jakże wygodnej dla nich rewelacji. Ale na Boga, czy na całej polskiej prawicy mającej tylu sympatyków z tytułami naukowymi nie ma żadnego naukowca, który miałby odwagę powiedzieć: skończcie z tą obłędną, kompromitującą naukę polską hipotezą zamachu.
Jako były dziekan często dostaję listy z prośbą o poparcie różnych prawicowych protestów. Listy te, nacechowane przekłamaniem rzeczywistości i nienawiścią do obecnego rządu, podpisane są przez osoby z tytułami profesorskimi, w tym także z nauk ścisłych. Jestem doświadczonym naukowcem i piszę to z całą odpowiedzialnością, że takiej politycznej uległości u części polskich profesorów w dziedzinie nauk ścisłych nie obserwowałem nawet w czasach PRL-u. Wręcz przeciwnie, pamiętam, że moja promotorka, notabene uczennica Marii Skłodowskiej-Curie, prof. Alicja Dorabialska na radzie wydziału w 1963 roku publicznie ogłosiła: "Dostałam durną ankietę z ministerstwa z zapytaniem, w jakim stopniu w swoich wykładach uwzględniam idee marksizmu-leninizmu. Zawiadamiam radę wydziału, że zgodnie ze swoim sumieniem odpisałam: "Nie jest mi znany jakikolwiek wkład tych panów do chemii fizycznej"". Cytuję z pamięci, bo duma, że taka osoba była moją nauczycielką, towarzyszy mi do dnia dzisiejszego.
Zgrozą, także przypominającą minione czasy, zabrzmiało oświadczenie posła PiS Antoniego Macierewicza, że w imieniu swojej komisji wystąpi do Narodowego Centrum Nauki o fundusze w celu wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Na szczęście, jak stwierdził dr inż. Maciej Lasek, szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, studenci Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej jednoznacznie rozwiązali w ramach zajęć na uczelni problem kolizji samolotu z brzozą i jej skutków. Zrobili to bez żadnych politycznych podtekstów, na postawie elementarnych praw fizyki i aerodynamiki.
I to oni, a nie 36 proc. otumanionych rodaków wierzących w zamach smoleński, przywrócili mi wiarę w lepszą przyszłość nauki polskiej.
*Prof. dr hab. inż. Henryk Bem, Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Kaliszu, były dziekan Wydziału Chemicznego Politechniki Łódzkiej

