Roman Imielski 31.10.2012 , aktualizacja: 31.10.2012 10:03

W przypadku katastrofy smoleńskiej jak mantrę trzeba powtarzać: gdyby piloci nie złamali podstawowych zasad bezpieczeństwa albo gdyby obecni na pokładzie oficjele podjęli decyzję o lądowaniu na innym lotnisku, do tragedii nigdy by nie doszło
Z opinii opracowanej przez krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych, który badał nagrania z czarnych skrzynek tupolewa, wynika, że ich zapis nie został w żaden sposób zmanipulowany.

Wynika z niej również, że załoga dokładnie wiedziała, na jakiej wysokości nad płytą lotniska w Smoleńsku oraz faktycznej nad ziemią znajduje się samolot. Mimo to do ostatnich chwil w kokpicie nie było niepokoju, choć maszyna szybko zbliżała się do ziemi. W dodatku załoga musiała wiedzieć, że do progu lotniska jest jeszcze daleko, bo nie usłyszała sygnału minięcia tzw. bliższej radiolatarni, znajdującej się ok. 1 km przed progiem pasa.
Stało się to dopiero o godz. 8.40:58,8 (czasu polskiego, podaję za stenogramem IES), czyli już po odczytaniu przez nawigatora wysokości 20 m i kilka sekund przed rozbiciem się. W tym momencie samolot powinien być ok. 80 m nad płytą lotniska, bo do progu pasa był jeszcze kilometr.

Eksperci z IES potwierdzili też, że załoga podchodziła do lądowania na autopilocie, czego absolutnie robić nie powinna, bo w Smoleńsku nie było odpowiednich do tego urządzeń. I choć przed katastrofą dowódca i drugi pilot mówią o odejściu na drugi krąg, to długo nic nie robią. Według stenogramu krakowskich specjalistów kapitan wyłączył autopilota dopiero o 8.40:58,1, a informujący o tym sygnał trwał dokładnie 0,9 s. Stało się to na wysokości pomiędzy 30 a 20 m nad ziemią.

" Nic nie widać"
Załoga już pół godziny przed katastrofą wiedziała, że warunki w Smoleńsku są fatalne, i rozmawiała o tym ze sobą. O 8.13 przekazują jej najnowsze dane meteorologiczne - na prośbę kontrolerów ze Smoleńska via Moskwa - białoruscy kontrolerzy z Mińska, mówiąc, że jest mgła i że widzialność na lotnisku Siewiernyj to 400 m. Tymczasem dowódca załogi miał uprawnienia do lądowania na takim lotnisku jak w Smoleńsku tylko wtedy, gdyby widoczność pozioma wynosiła 1800 m, a pionowa 120 m!

Po nawiązaniu kontaktu przez prezydencki samolot z kontrolerami w Smoleńsku ci ostatni mówią o 8.24: "Warunków do przyjęcia nie ma". Kapitan odpowiada: "Dziękuję. Ale jeśli można, to spróbuję podejść", oraz zapewnia, że jeśli nie będzie pogody, to odleci na drugi krąg.

Już wtedy tupolew powinien udać się na zapasowe lotnisko, bo jeśli nawet załoga nie wierzyła Rosjanom, to nie mogła nie wierzyć załodze jaka-40, który wylądował wcześniej w Smoleńsku. A korespondencja między dwoma polskimi maszynami jest przerażająca i pokazuje, jak piloci traktowali zasady bezpieczeństwa.
Między godz. 8.24 a 8.25 dowódca jaka mówił przez radio załodze tupolewa: "Wiesz co, ogólnie rzecz biorąc, to piz.. tutaj jest. Widać jakieś 400 m około [w poziomie] i na nasz gust podstawy [chmur, czyli widzialność pionowa] są poniżej 50 m grubo". Potem mówi: "No, nam się udało w ostatniej chwili wylądować. No, natomiast powiem szczerze, że możecie spróbować, jak najbardziej. Dwa APM-y są [bardzo silne reflektory rozstawiane przed progiem pasa po obu jego stronach], bramkę zrobili, tak że możecie spróbować, ale... Jak wam się nie uda za drugim razem, to proponuję wam lecieć np. do Moskwy albo gdzieś".

Warunki, jakie panowały wtedy na Siewiernym, świetnie ilustruje wywiad z lipca 2010 r. dla TVN 24 technika pokładowego jaka (w ostatni weekend, kilka miesięcy po odejściu ze służby, popełnił samobójstwo).

- Porucznik Wosztyl rozejrzał się i powiedział: „Nie, teraz to już w ogóle nic nie widać. W tych warunkach to się chyba nie da wylądować. Może lepiej, żeby nie lądowali?” - mówił technik. - Mgła wchodziła na lotnisko takimi pasami. Wtedy to był moment, że nie było widać już drzew, które stały obok nas. Ja na to: „Dobra, to wrócę” [do samolotu, by przez radio porozmawiać z załogą tupolewa]. Wróciłem i powiedziałem o tych 200 m [bo w międzyczasie widoczność się pogorszyła]. Odpowiedzieli: »Dzięki «”.
Technik w TVN 24 skomentował też nieudane podejście do lądowania rosyjskiego iła-76, który ostatecznie wrócił do Moskwy. - Ta cała sytuacja z iłem zaniepokoiła nas, bo pomyśleliśmy tak: to jest samolot z tego lotniska, swojacy. A mimo to nie wylądowali. Co będzie z tupolewem? - mówił technik jaka.

" No, to mamy problem"

Ze stenogramu przygotowanego przez IES można też sporo wywnioskować o presji, jakiej podlegała załoga tupolewa w trakcie lotu. Maszyna oderwała się od pasa warszawskiego Okęcia z półgodzinnym poślizgiem w stosunku do pierwotnego planu - spóźniła się prezydencka para.

W drodze do Smoleńska o 8.16 drugi pilot pyta: "Za ile te uroczystości się zaczynają?". Dowódca załogi odpowiada: "Nie wiem, ale jak nie usiądziemy, to oni..." (wypowiedź niedokończona).
Minutę później dowódca mówi zapewne do jednej ze stewardes: "Jest nieciekawie, wyszła mgła... Nie wiadomo... wylądujemy". Stewardesa: "Tak? Nie zdążą". Dowódca: "Wiem".

O 8.21 stewardesa pyta: "Dowódco, będziesz schodził?". Kapitan: "Zapinamy".

Potem jest wizyta szefa protokołu MSZ, któremu dowódca wyjaśnia, że wyszła mgła i że nie uda się wylądować. "No, to mamy problem" - odpowiada dyplomata, by po kilku minutach wrócić i poinformować: "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić". I tej decyzji piloci nie usłyszą do końca, a to właśnie tzw. dysponent lotu - w tym przypadku Kancelaria Prezydenta - podejmuje decyzję, na które lotnisko zapasowe odlecieć.

O 8.40:45,4 słychać pierwsze ostrzeżenie sygnału TAWS o zbliżaniu się do ziemi: "Pull up" (do góry), o 8.40:51,9 dowódca mówi: "[-]chodzimy na drugie", po chwili drugi pilot: "...Odchodzimy...", ale sterowany autopilotem samolot wciąż opada.

Dopiero o 8.41:03,4 ktoś mówi: "K... mać", gdy maszyna jest poniżej 20 m nad ziemią. Cztery sekundy później nagranie się urywa.

Nie wiadomo, dlaczego tupolew znalazł się tak nisko. Wcześniej kontrolerzy zezwolili załodze na zniżenie się tylko do wysokości 100 m - standardowej przy takiej pogodzie. Jeśli nie widać z niej ziemi, maszyna powinna odlecieć na drugi krąg.

Na koniec ostatnia ważna uwaga - na zapisach z czarnych skrzynek nie ma żadnego odgłosu wybuchu...