POLITYKA nr 33 (3577), 12.08–18.08.2026

Modulowany czy ciągły? – pytałem sąsiadkę niepewny, czy dźwięk syreny ma mnie przestraszyć, czy uspokoić.
– Modulowany. Ale pan się nie boi, to na pamiątkę powstania warszawskiego. Siedemnasta jest – uspokoiła mnie.
– Oby się nam kiedyś nalot nie pomieszał ze świętem – zażartowałem ponuro. – A pani czci czy ubolewa?
– Nie umiem się zdecydować, od kiedy polonista w liceum zamiast tematu lekcji o powstaniu podyktował nam
ten wierszyk:                                                                                                                                                                                      
   „Sto tysięcy bez pałasza,
   Trzysta dziewcząt w bieli,
   I krzyknęli: »Dobra nasza!«,
   I wszyscy zginęli”.


Słynne zdanie „Jestem Berlińczykiem” John F. Kennedy wypowiedział dwukrotnie podczas tego samego przemówienia w Berlinie Zachodnim 26 czerwca 1963 r. Była to – od zakończenia drugiej wojny światowej przez ponad 40 lat – większa część Berlina, należąca do Republiki Federalnej Niemiec. Zachodnią część dzieliło od granic RFN co najmniej 200 km. Całe miasto, podzielone murem w 1961 r., otaczała Niemiecka Republika Demokratyczna, łup wojenny Związku Radzieckiego. Do Berlina Zachodniego można było się dostać korytarzami powietrznymi, kolejowymi i drogowymi, kontrolowanymi przez władze komunistyczne. To najbardziej kameralne powstanie, ale i najbardziej polskie. Chorujemy na nie dwubiegunowym afektem dumy i rozpaczy.

Kennedy był pierwszym prezydentem, który odwiedził Berlin Zachodni po zbudowaniu muru. Nazwał się Berlińczykiem, wyrażając solidarność z mieszkańcami miasta. Najpierw powiedział, że jest dumny z duchowego obywatelstwa, które porównał do bycia obywatelem starożytnego Rzymu. A potem dumę powiązał z wolnością: „Wszyscy wolni ludzie, gdziekolwiek żyją, są obywatelami Berlina i tym samym ja jako wolny człowiek z dumą mówię »Jestem Berlińczykiem!« (Ich bin ein Berliner). Niby piękne. Jednak dziś wolałbym, żeby powiedział wówczas: Ich bin Ost und Westberliner (Jestem wschodnim i zachodnim Berlińczykiem); żeby pomyślał również o dumie i wolności tych za murem.

Porównywać Warszawę z Berlinem w kolejną rocznicę powstania wydaje się niemal bluźnierstwem. A jednak, mielącego w głowie kolejny raz argumenty o sensie i bezsensie powstania, tknęła mnie nagle ta analogia wywiedziona z prezydenckiego przemówienia. Dwa miesiące 1944 r. rozpołowiły Warszawę na dwa miasta; zwłaszcza po 13 września, kiedy Pragę zajęli Rosjanie.

Tymczasem lewy brzeg Wisły od 1 sierpnia zrobił się nagle wolnym miastem. Stefan Wiechecki „Wiech” pisał we spomnieniach, jak mieszkańcy wzruszali się faktem, że starosta powstańczy może kogoś wsadzić do aresztu za naruszanie porządku publicznego. „Niejeden autochton,  odczytawszy rozporządzenie, rzekł do drugiego wzruszonym głosem: – Chociaż szkopy naobkoło, polski starosta w razie zabradziażenia spokoju do polskiego mamra może szanownego pana wsadzić! – I zgiętym palcem wskazującym otarł łzę z powieki” („Powstanie zmieniło wszystko”).


Z wielu powstańczych wspomnień przebija euforia absurdalnej wolności. Absurdalnej, ponieważ nie miała sensu. Była buntowniczą proklamacją woli godności i samostanowienia wobec imperialnych potęg hitlerowskich Niemiec i stalinowskiej Rosji, czyli obojętnego na ludzkie tęsknoty wszechświata. Los powstania był przesądzony od początku. A mimo to Syzyf czy raczej Hiob postanowił być szczęśliwy, to jest wolny i radosny. Powstańcy odważyli się być wolni w epicentrum zniewolenia. Nie chcieli czekać na reglamentowaną wolność realnego socjalizmu na prawach sowieckich, które właśnie ustanawiały się na Pradze. Wzięli ją sobie całą sami, choć tylko na chwilę. I zapłacili za tę chwilę życiem kilkunastu tysięcy powstańców i dwustu tysięcy cywili.

Pierwszy raz przyjechałem do Warszawy późno, w wieku 19 lat. Przyjechałem do „swojego” miasta, którego nie było na żadnej mapie. Jego topografię wytłoczyli w moim umyśle: Prus, Tyrmand, Wiech, Przybora, „Wojna domowa”, „Czterdziestolatek”… Ale najbardziej literatura powstańcza. Choć to najbardziej kameralne powstanie, to jest też być może najbardziej polskie. Wszyscy chorujemy na nie dwubiegunowym afektem dumy i rozpaczy.


Dziś myślę o powstaniu to, co mówi pan Rystek u fryzjera, że „za złe słowo o chłopakach i dziewczynach w mordę mogę dać, ale żeby uważać, że tak powinno być, że to normalne… No nie, nie. Szesnaście lat chłopak to powinien w piłkę grać, uczyć się, dziewczynom kwiaty zrywać, a nie patrzeć na śmierć, na gówno, na to, jak miasto sześćset lat budowane w miesiąc się zmienia w rumowisko”. (Paweł Sołtys, „Monolok”). Tak to widzi mój zrozpaczony rozum. Przecież jakaś jego część pojmuje i podziela uśmiech na wielu twarzach z powstańczych fotografii.

W każdym sierpniu jestem Warszawiakiem. Chcę być wolny i radosny. I nie chcę za to umierać. Bo wtedy co mi po tym? Jestem miasto rozpołowione.

RYSZARD KOZIOŁEK